Bractwo – John Grisham.

Z dumą się chwalę, że pierwszą książkę w wyzwaniu zrecenzowałam właśnie ja! Oczywiście Irena ma wpisy o pięćdziesięciu książkach ze stu innych wyzwań, ale co tam. To się nie liczy 😀

„Bractwo” Grishama mam od dawna. Ale jakoś nie mogłam się przełamać do przeczytania tej pozycji. Dlaczego? Nie wiem. Ma wszak same dobre oceny. Jak się później okazało była to moja intuicja. Co było nie tak? Zacznijmy od bohaterów i tematyki książki.

Bractwo składa się z trojga sędziów. Są oni osadzeni w jednym z najłagodniejszych więzień federalnych w Stanach. Joe Roy Spencer – na wolności był sędzią pokoju, skazany za kradzież pieniędzy z miejscowego klubu bingo. Drugi „brat” to Finn Yaber. Uchylał się od płacenia podatków. Ostatni członek to Hatlee Beech zabił dwoje ludzi prowadząc samochód pod wpływem alkoholu. Towarzyszła mu naga kobieta. Jak sie można domyśleć jest rozwodnikiem. Czym zajmuje się bractwo? Tym co robili na wolności. Wydają wyroki. Ponieważ władza więzienia nie wtrąca się w sprawy więżniów, sami rozwiązują swoje sprawy, od kradzieży do sikania na kwiatki.

Żadnych apelacji, bo niby do kogo mieliby się odwoływać? Świadków nie zaprzysięgano. Kłamstwo było jak najbardziej dopuszczalne. Ostatecznie i sędziowie, i pozwani, i skarżący siedzieli w więzieniu.*

A czym się zajmują poza tym? Wymyślili szwindel. Szantażują ludzi na wolności. Wiedzą, że ujawniając treść pewnych listów skończą się kariery oraz małżeństwa ofiar.

Jest też kolejny bohater, pozornie nie związany z szantażem. Aaron Lake jest kongresmenem. Wdowiec, bez nałogów, katolik, miał jedną kochankę (po śmierci żony), ćwiczył regularnie – słowem prowadził idealny tryb życia. Nadaje się na prezydenta. Właśnie. Został wezwany do siedziby CIA. Nie pierwszy raz, lecz teraz w innej sprawie – ma wystartować w wyścigu na prezydenta USA. A tak przynajmniej powiedział mu Teddy Maynard, dyrektor CIA. Oczywiście wystartuje w wyborach jako ostatni, nieznany kandydat i je wygra. CIA tego dopilnuje. Jego kampania w dużej mierze będzie polegała na straszeniu ludzi wojną. Trzeba zwiększyć nakłady na wojsko. Stany nie są przygotowani do ewentualnej wojny. A zagraża nam wiele krajów: Chiny, Rosja, Bliski Wschód. CIA jest gotowe zrobić wszystko, aby Aaron wygrał. Pieniądze? O to nie trzeba się martwić. Pieniądze napływają milionami. Nie sposób je szybko wydać. Skacze w sondażach do góry. Zdaje się, że wybory to formalność.

Ale. Jest właśnie jedno ale. Przyszły prezydent jest ofiarą szantażu bractwa. Czy trójka nic nie znaczących ludzi może wpłynąć na wybory? Są niebezpieczni? Czy to może oni powinni poczuć się zagrożeni?

Książkę czytało się lekko. Nie była trudna, zawiła jak to potrafi być polityka. Jednak czegoś mi w niej brakowało. Jedyne słowo jakim mogę określić tę pozycję to: „płaska”. Takie jest „Bractwo” właśnie. Bez zaskakujących zwrotów akcji. Nic mnie w niej nie zachwyciło, nie zatrzymało przy książce na chwilę, nie miałam potrzeby doczytać akapitu do końca, nawet zdanie mogłam przerwać w połowie. Po odejściu od czytnika nie zastanawiałam się jak się skończy. Okazało się, że była dość przewidywalna. Czy książka jest dobra? Jest. Ale nie jest bardzo dobra. Nie sądzę abym powróciła do niej z własnej woli.

Oceniam ją pół na pół. Niby się nie dłużyła, ale nie chciałam spędzić całego dnia przy niej. 5/10

*”Bractwo” John Grisham

Książkę przeczytałam w ramach
Wyzwanie 52

Uwaga! Uwaga!
Dopisek specjalnie dla Ireny, która pierwszy raz w historii wszechświata wytknęła mi błąd:
Książka była w kategorii: „Posiadana książka, której nie czytałam” (pozycja 44)

Dziękuję, można się rozejść. Do następnego razu!