Czas zmierzchu.

Czas zmierzchu.

„Gdyż nieszczęście świata w tym, że chory jest Bóg jego, stąd i świat choruje. W gorączce jest Pan i jego dzieło gorączkuje. Umiera Bóg i stworzony przez niego świat umiera. Lecz nie jest jeszcze za późno…”

Kiedyś fazę miałam na Indian, kowbojów, szeryfów i tak dalej. Zarywałam noce przy opowieściach Karola Maya, na podwórku ganiałam braci z łukiem i pistoletem z patyków. Te wszystkie historie dotyczyły jednak Indian Ameryki Północnej, o tych „z dołu” nie czytałam za bardzo. Dopiero parę lat temu miałam przyjemność poznać książkę „Rytuał babiloński”, ale przyznam szczerze, że nie było to żadne sensowne źródło wiedzy. Ta książka była nastawiona wyłącznie na sensację.

Chociaż sama fascynacja Indianami, tajemnicami, spiskami i przygodą w stylu Dana Browna dawno mi minęła, to nie zapomnę nigdy moich emocji po zakończeniu „Metra 2033”. Moje pierwsze spotkanie z Dmitrijem Glukhovskim wywarło na mnie takie wrażenie, że nie wahałam się ani chwili, gdy pojawiła się możliwość oceny najnowszego wydania „Czasu zmierzchu”.

 

Fabuła.

Powieść zaczyna się dość zwyczajnie. Tłumacz mieszkający w Moskwie prowadzi niezbyt interesujący żywot. Rozwodnik, nie ma przyjaciół ani rodziny, mieszka w mieszkaniu odziedziczonym po babci, nie interesuje się niczym szczególnym, tłumaczy zazwyczaj nudne umowy i instrukcje obsługi, zarabia niedużo, ale starcza mu na życie, jakie prowadzi. Wszystko zmienia się pewnego dnia. Dmitrij Aleksiejewicz otrzymuje propozycję pracy nad dziennikiem wyprawy sprzed pół wieku spisanym po hiszpańsku. Wcześniej nie tłumaczył tego języka, ale niezapłacone rachunku pomogły w podjęciu ryzyka. Od pierwszego rozdziału historia wciąga głównego bohatera. Czy to zwykła ciekawość, czy coś więcej?


Jednocześnie na świecie dzieją się dziwne rzeczy: tajemnicze, zdaje się, że rytualne, mordy, przerażające, pochłaniające niewyobrażalną ilość ofiar trzęsienia ziemi i tsunami. U głównego bohatera zaczynają dziać się dziwne, niepokojące i często niewytłumaczalne rzeczy.

 

Moje wrażenia.

Nie mogę powiedzieć, że od razu wciągnęłam się w opowieść. Ot, facet w średnim wieku tłumaczy dość interesującą (dla niego) kronikę z wyprawy wgłąb królestwa Majów. Rozdziały mamy zaprezentowane w całości, przerywają je myśli bohatera, czynności takie jak: parzenie herbaty, spanie, jedzenie, odwiedzanie biura tłumaczeń czy słuchanie radia. Nic się nie dzieje, choć nie mogę powiedzieć, abym się nudziła. Autor doskonale sobie radzi z dawkowaniem napięcia, czy wzbudzaniem niepokoju, wiedział też, w którym miejscu połączyć świat rzeczywisty, z tym rodem z koszmarów i legend. A zakończenie? Absolutnie się go nie spodziewałam i byłam pod ogromnym wrażeniem.

W tej książce występuje właściwie jeden bohater. Reszta postaci pojawia się, gdy są potrzebni i zaraz znikają. Dmitrija można określić jako… hipstera może? Na pewno to introwertyk – odludek. Słucha radia, gdy wszyscy wokół mają telewizory, otacza się starymi meblami, książkami, nie uczestniczy w życiu nocnym, którego w Moskwie na pewno nie brakuje, a lekturę przekłada nad kino. Na ulicy zapewne nie zwróciłabym na niego uwagi, ale tutaj zyskał moją sympatię. Co więcej, czułam się, jakbym czytała o prawdziwym człowieku z krwi i kości, a nie postaci, która powstała w głowie autora.

 

Język powieści.

Jedną z najmocniejszych stron powieści, o ile nie najmocniejszą, jest język: plastyczny, bogaty, dojrzały. Oczywiście tutaj chylę nieistniejący kapelusz także przed tłumaczem. Nie, abym była jakąś znawczynią, ale podejrzewam, że można było zepsuć przyjemność obcowania z powieścią paroma nieodpowiednio dobranymi słowami. Wracając do autora, napiszę, że rozwinął się bardzo językowo, dla niektórych powieść może być przekombinowana i nie do końca zrozumiała, ale dla mnie jest wspaniale.

Obie czytane przeze mnie książki, były w jakiś sposób straszne, dynamiczne, wciągające, ale każda na swój odrębny sposób, według mnie autor udowodnił, że nie jest pisarzem „jednej książki” i całkowicie zasłużył na swoją sławę. Tutaj nie powiem, abym nie mogła spać po nocach, ale odczuwałam spory dyskomfort, związany z faktem, że mieszkam sama. Jestem w stanie uwierzyć jednak, że niejedną osobę historia może naprawdę przestraszyć.

 

Książka była rewelacyjna.

Nie skłamię, jeśli napiszę, że ta książka stanowi jedną z najlepszych książek przeczytanych w życiu i chyba najlepszą w obecnym roku. Polecam ją każdemu wielbicielowi sensacji, dreszczyku strachu, sporej dawki emocji, bogatego języka i zaskakujących zakończeń. Nie sądzę, że ludzie czytają recenzję po zapoznaniu się z książką, ale może jakaś osoba taka się znajdzie. Myśleliście o tym, czy to zakończenie mogło się zdarzyć w rzeczywistości? Czy wyobrażacie siebie w podobnej sytuacji? Ja tak. I myślę, że to jest najbardziej przerażające w całej powieści.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Insignis oraz portalowi Duże Ka.

Książka bierze udział w wyzwaniu Czytam Fantastykę.