Dawno, dawno temu urodziła się pszczoła.

„Życie pszczoły jest jak magiczna studnia,
im więcej z niej czerpiesz, tym więcej w niej wody
Karl von Frish.”

O co chodzi z tym szumem wokół pszczół? Małe to lata cały dzień… Przecież bez miodu można żyć. Wiele osób nie używa i żyje. Brak złotego płynu to nasz najmniejszy problem. Około 80% roślin uprawnych w Europie jest zapylanych przez te maleństwa. Lubicie babciną szarlotkę, nie? A truskawki w lecie z makaronem i śmietaną? Jagody? Och, jak ja kocham kompot gruszkowy. Mogę go pić litrami. A teraz sobie wyobraźcie, że od teraz, za cztery lata jedyne wspomnienie po tych wszystkich smakołykach będzie jedynie w sztucznych aromatach. Niefajnie, nie? Na zbożach i grzybkach długo nie wytrzymamy. Wyobraźcie sobie konsekwencje dla przyrody. Ile gatunków zwierząt wymrze? Ludzi zaczną nękać choroby, niedobory witamin i po prostu głód. Jak dla mnie to jeden z możliwych scenariuszy końca świata.

W ulu rodzi się pszczoła. Flora 717. Ród, z którego wywodzi się pszczoła, zajmuje najniższą pozycję w hierarchii ula. Parają się wyłącznie sprzątaniem, nie są zbyt inteligentne i nie mówią. W przeciwieństwie do bohaterki. Padł pomysł zgładzenia Flory 717, jako innej niż wszystkie (jest to jedno z przewinień karanych śmiercią), ale kapłanka ma inny pomysł. Chciała spróbować pokierować nowo narodzoną do innej pracy. Zajmowała się na początku karmieniem larw. Niestety nie jest ona pokorna i posłuszna. Zadaje pytania i śmie kwestionować decyzje przełożonych. Ta krnąbrność pakuje ją po wielokroć w tarapaty…

Książkę czytało mi się bardzo szybko. Nie miałam żadnych problemów z językiem powieści, nazewnictwem. Absolutnie nic mi nie wadziło i nie stwarzało problemów. Przez całość przebrnęłam w parę godzin. Od tej strony nie mogę narzekać. Także fabuła jest zawiązana gładko i nic się ze sobą nie kłóci. Nie ma nieścisłości, niedopowiedzeń, czy przestojów. Akcja jest raczej płynna. Może nie pędzi, ale także nie stoi. Czy to znaczy, że ona mi się podobała?

Może zacznijmy od tego, czego oczekiwałam po przeczytaniu opinii, recenzji i opisów. Byłam ciekawa życia i zwyczajów pszczół. Sposobów, w jaki się komunikują ze sobą i współpracują. Skąd wiedzą, gdzie lecieć a jakich terenów unikać, w jaki sposób rozdzielają zadania między sobą? Liczyłam na opis życia pszczół z perspektywy robotnicy. Może troszkę w baśniowej formie, może ugładzona z odrobiną fantastyki, ale jednak coś, co przybliży mi te fascynujące owady. Z tą fantastyką to się nawet zgadza, ale mam wrażenie, że autorka popłynęła nie w tę stronę, co trzeba. I to dość ostro.

Laline Paull stworzyła surowe społeczeństwo. Każda inność i każda indywidualność były surowo karana śmiercią. Robotnic było dużo, nikt się nie przejmował sądami, czy oceną słuszności postępowania. Nikt też nie dyskutował z kapłankami. To one miały rzeczywistą władzę w ulu. Królowa była kimś w rodzaju bóstwa, do której się modliły wszystkie pszczoły. Z jej bliskości pracownice brały siłę życiową. Wszystkie oprócz trutni. Oni zajmowali się jedzeniem, marudzeniem, szukaniem księżniczek do kopulacji oraz rozkazywaniem robotnicom. Byli traktowani jak książęta, a pszczoły usługiwały im. Nie wyszli na tym najlepiej, ale nie uprzedzamy faktów.

Skupienie wokół seksualności oraz rozrodczości pszczół i trutni było na początku dość widocznie. Przybrało to formę uwielbienia dla „płodnego łona” Królowej i niewybrednych żartów płci męskiej. Później autorka zaczęła się rozkręcać, sięgać po przemoc, krwawe opisy oraz… orgie pszczół i trutni. Nie żartuję. Może zacytuję fragment, który spowodował, że witki mi opadły. Uwaga będzie dość długo i niesmacznie.

„[…] Kiedy pochwycił ją w objęcia, księżniczka zrozumiała, że takich właśnie igraszek pragnęła. Razem szybowali na wietrze, aż poczuła w swoim ciele jego esencję, wtedy krzyknęła i ścisnęła w sobie konar trutnia, a on oderwał się od niej i bezwładnie runął na ziemię. To jednak nie koniec igraszek. Wybierała kolejne trutnie, jednego po drugim, i z każdego wyciągała trutową pieśń do ostatniej kropli, po czym zrzucała ich z siebie, pozbawionych męskości. Wreszcie, kiedy wszystkie najdorodniejsze samce napełniły jej ciało, głód księżniczki został zaspokojony. Poleciała z powrotem do domu i jej pałac nigdy nie pachniał bardziej słodko. Damy dworu zlizały z jej ciała wszystkie ślady trutowej pieśni i walczyły między sobą o ostatni samczy narząd, który w niej utkwił, świadectwo miłości każdego trutnia. […]”

Czy tylko mnie to zniesmacza? To jeden z dwóch takich fragmentów. Ten był… Łagodniejszy.

Nie będę pastwić się nad tą książką. Nie ma sensu. Powiem szczerze, że ciężko mnie zszokować, czy zgorszyć, ale autorce się udało. Dla mnie Laline Paull ma pewne fascynacje dotyczące sekt, krwi i grupowego seksu, jednak z jakichś powodów, zamiast napisać porządny i kontrowersyjny erotyk to spełniła swoje fantazje pod przykrywką bajki dla dorosłych o pszczołach. Szkoda, szkoda. Świetny pomysł na książkę przepadł. Mówię, naturalnie, o życiu pszczoły z perspektywy jednej z nich. Jak dla mnie to była najgorsza książka, jaką czytałam w tym roku. 

Książka bierze udział:
1. Karciane Wyzwanie Książkowe – 6Kier – Antyutopia.

  • Bo Ty nie czytałaś collide chyba, albo kołtuna, albo jeszcze innego badziewia. I nie chodzi o fakt bycia seksów, ale beznadziejność opisów ;D Swoją drogą przytoczona przez Ciebie scena mnie troszkę przeraziła, w sensie co siedzi w wyobraźni autorki…. Jajć! xD

  • A ja bym chciała przeczytać co napisze jak sie odważy to co naprawdę pragnie 😀

  • Hmmm.. Skończyłam dziś czytać tę książkę. Za jakiś czas, jak się zbiorę, napiszę jej recenzję.
    Jedno mogę Ci powiedzieć już teraz – u Ciebie 1/10, u mnie będzie 6/6…

  • Czekam na nią!

  • Jak tak patrzę po zaplanowanych postach, to wychodzi na to, że recenzja "Roju" w okolicach 4.10 będzie na moim blogu 🙂

  • Na pewno nie przegapię 🙂

  • Myślę, że to nie ksiażka dla mnie 😉

  • Powiem tak. Ja jej z całego serca nie polecam, ale są osoby, dla których była to świetna lektura 🙂