Diabelnie dobry kryminał.

Kryminały kocham od kiedy pamiętam. Matka miała dość pokaźną kolekcję dzieł Joanny Chmielewskiej. Właśnie taką literaturę kobiecą lubię. Historie o silnych kobietach, pisane z przymrużeniem oka. Gdzie zbrodnie są proste a motywy przyziemne. Lubię także widzieć tok myślowy głównej bohaterki, za króliki z kapelusza dziękuję. Gdy usłyszałam o Oldze Rudnickiej wiedziałam, że jest to autorka z którą muszę się zapoznać.

Julia wpadła na trop czegoś dużego. Czegoś ważnego. Jej dziennikarski nos się nie mylił. To będzie hit. Jednak coś było nie tak. Ten suw za nią nie wyglądał dobrze. Ona już wie, ze nie zobaczy się z córką. W ostatnich chwilach życia prosi mężczyznę, który z nią był aby zajął się jej przyrodnią siostrą, która wychowuje dziecko. Mężczyzna jej to obiecuje, choć nie rozumie o co chodzi.

Monika zaczynając pracę jako sekretarka Diabła, była cicha myszką. Bała się każdej nowości, a taką na pewno była praca w korporacji. To typowa szara gęś, w za dużych ubraniach ze wsi, która wyjechała po studia i lepsze życie do miasta. Od początku nie mogła się przyzwyczaić do niechęci zastępczyni szefa, zwanej przez wszystkich Zdzirą, kombinowania jej sekretarza oraz seksualnych ekscesów Dagmara Różyka. Zaprzyjaźnia się z Renią, dzięki której przystosowuje się do nowego położenia, szefa i nowych obowiązków. One z kolei, jak to często bywa, wykraczają daleko poza, te, które powinna wykonywać sekretarka. Po jakimś czasie nawiązuje się między nimi nic porozumienia. Panna Kapuśniak jest jedyna kobietą, którą Diabeł szanuje jako kobietę, jest ją gotowy bronić a nawet grzebać w śmietniku. Lubi też się z nią drażnić. Ona natomiast jest dla niego przyjaciółką, powierniczką i doradczynią. Potrafi go sprowadzić do parteru, zrugać gdy trzeba. Są przyjaciółmi. Do momentu aż nasza bohaterka zastaje go martwego..

– Dobra. Niech wreszcie coś mówi, bo czas leci, a ja nie robię się młodszy – zadecydował Kapuśnik

Na początku irytowało mnie przeskakiwanie przez czas. Szybko jednak okazało się, że to klucz do całej zabawy. Wydarzenia z pozoru niezwiązane ze sobą, powoli układają się w głowie w logiczną całość. Autorka zaskoczyła mnie nie raz w książce. Doskonale wyważała dostarczane czytelnikowi informacje i niczym w emocjonującym serialu, przerywała wydarzenia w odpowiednich momentach. To sprawiało, ze książkę chciało się czytać do końca strony, rozdziału, pozycji. Ciężko mi było się oderwać od niej. Pomimo natłoku informacji i wspomnianym przeskakiwaniu, absolutnie nie gubiłam się w akcji. Oczywiście jako wielbicielka takiego humoru nie mogę go pominąć. Był on doskonały. Absolutnie nie na siłę, idealnie wpasowany w akcję. Oczywiście powodujący niekontrolowane wybuchy śmiechu

Bohaterzy są różnorodni, przemyślani i nie płytcy. Każdy ma wady i zalety (niektórzy tylko wady), niemniej nie da się ich nie lubić. Każe z nich ma swój urok. Oczywiście duet Dagmar-Monika najbardziej przypadł mi do gustu. Zarówno kino jak i literatura zna takie duety szef – sekretarka. Zazwyczaj się kończy to płomiennym uczuciem, lub choćby przelotnym romansem. Tu na szczęście nic takiego się nie dzieje. Natomiast uczucia są widoczne u sąsiada bohaterki – Mateusza, który zajmuje się sprawą śmierci Różyka. Na szczęście ta miłość nie wyłania się na pierwszy plan i jest jedynie słodkim akcentem w tle, nie wpływającym specjalnie na fabułę.

Jest jedna rzecz do której przyczepić się muszę, oczywiście że tak. Czasem irytowała mnie postać Moniki. Miałam wrażenie, że ona tylko tupie nogą i się piekli. Jakby nie umiała w cywilizowany sposób przekazywać swoich racji. Lubię kobiety z charakterem, ale tutaj autorka czasem przesadzała. Poza tym książka jest cudowna. 9/10. Absolutnie zasłużone.

Dzisiejszym modelem był jednonogi gołąb, który towarzyszył mi na dworcu w Malborku.
Na drugim zdjęciu jest mój bagaż i dworzec Warszawa Wschodnia. Niestety nie jest on dostosowany dla czytelników. Nie ma windy i te wszystkie książki musiałam tachać po schodach…

Książkę zaliczam do:

1. Grunt to okładka – okładka bez twarzy

2. Klucznik – przeczytana w jeden dzień

3. Polacy nie gęsi