Gdzie znów wywiało Rincewinda?

Już się przekonałam, że książki autorstwa Terry’ego Pratchetta potrafią umilić każdy dzień. Często słucham audiobooków podczas chodzenia z kijkami, czy zwykłych spacerów. Słońca jeszcze mamy niewiele, ale było parę całkiem przyjemnych dni, podczas których szkoda było siedzieć w domu. To była idealna chwila, aby przenieść na odtwarzacz mp3 posiadają płytę „Ostatni kontynent”, czytaną przez Ireneusza Załuga. Z tym panem się jeszcze nie spotkałam. Z tego, co mi wiadomo, czytał „Ciekawe czasy”. 

W powieści przeplatają się dwie historie. Głównym wątkiem jest przygoda Rincewinda, który został wysłany nie wiadomo gdzie. Znajduje się na pustynnym kontynencie. Zajmuje się tam na ogół przetrwaniem i staraniem się nie wpaść w kłopoty. Kto czytał poprzednie książki z serii o tym magu, wie, że to jest niemożliwie. Wiele razy będzie musiał uciekać przed niebezpieczeństwami, kogoś tam pokona (przypadkiem)… będzie musiał też uratować cały kontynent. Nie, aby chciał. Robił wszystko, aby tego nie zrobić. Czy mu się uda?

– Wspominają o IksIksIksIks w „Wężach wszystkich narodów” Wrenchera – poinformował kierownik studiów nieokreślonych. – Jest tu napisane, że na kontynencie żyje bardzo niewiele jadowitych węży… O, jest też przypis. – Przesunął palec w dół stronicy. – Piszą: ‚Większość z nich została wybita przez pająki’. Dziwne, doprawdy…

Odrębna historia opowiada o przygodach Bibliotekarza i magów Niewidocznego Uniwersytetu. Orangutan zachorował… dość dziwnie. Przy kichnięciach zmienia się w najróżniejsze przedmioty pokryte rudym futrem. Magowie nie mogą znaleźć przyczyn takiego stanu rzeczy. Jedyne, co udało się ustalić, to potrzeba przypomnienia sobie imienia Bibliotekarza z poprzedniej postaci (kto czytał wcześniejsze części, wie, że nie urodził się on jako małpa). Jedyną osobą, która może mieć pożądaną wiedzę, był Rincewind. Tylko trzeba go znaleźć.

W tej części znów mamy mnóstwo różnych postaci, dziwnych miejsc oraz zaskakujących zdarzeń. Poznamy paru bogów, dziwnego kangura, nosorożca – barmana, odwiedzimy pustynię, gdzie kanapki można znaleźć pod kamieniem oraz miasta, w których nigdy nie było deszczu i pojeździmy na koniu mniejszym od jeźdźca.

Kocham serię o Rincewindzie. Jest on prawdziwym antybohaterem. Usilnie chce unikać problemów, jednak one zawsze go znajdą. Nie wiem, czy w jakiejkolwiek książce autor dał mu spokojnie poleżeć. Co ciekawe wielokrotnie uciekał spod kosy Śmierci. I był jedyną osobą, której nie można było ustalić daty zgonu. Nawet Śmierć tego nie wiedział.

Śmierć trzymał życiomierz Rincewinda na specjalnej półce w swoim gabinecie, w taki sam sposób, w jaki zoolog chce mieć na oku jakiś szczególnie interesujący okaz.
Życiomierze większości ludzi miały klasyczny kształt, który Śmierć uważał za właściwy i odpowiedni do funkcji. Wyglądały jak duże klepsydry, tyle że przesypujące się ziarnka piasku były rzeczywistymi sekundami czyjegoś życia.
Ta klepsydra wyglądała jako coś stworzonego przez dmuchacza szkła, który miał czkawkę w machinie czasu. Według ilości piasku, jaki zawierała – a Śmierć potrafił ocenić to całkiem dokładnie – Rincewind powinien umrzeć już dawno. Ale przez lata na szkle rozwinęły się dziwne skrzywienia, zakręty, wypustki i bywało, że piasek sypał się wstecz albo na ukos. Najwyraźniej w Rincewinda trafiło tyle magii, tak często był opornie przerzucany przez czas i przestrzeń, aż niemal zderzał się sam ze sobą, idącym z naprzeciwka, że dokładny koniec jego żywota był teraz tak trudny do znalezienia, jak początek lepkiej przezroczystej taśmy na rolce.

Książki Pratchetta, z którymi się spotykałam, zazwyczaj nawiązywały do innych książek, wyśmiewały legendarnych bohaterów, przedstawiały w krzywym zwierciadle uprzedzenia, lub dotykały kwestii ważnych społecznie. Tutaj jedyne nawiązanie, jakie możemy zobaczyć to podobieństwo wyspy IksIksIksIks do Australii. Autor wziął na celownik stereotypy Brytyjczyków dotyczące tego odległego kraju. Poza tym tutaj mamy wyłącznie śmiech. Żadna głębsza myśl nie stoi za tą historią. Zauważyłam, że niektórym taki stan rzeczy przeszkadza. Mnie absolutnie nie.

Ta ksiązka należy do słabszych powieści autora, ale nie aż tak, abym żałowała tej przygody. Znów otrzymujemy niezwykle bogaty świat przedstawiony, barwną paletę postaci, kwiecisty język i ogromną dawkę dobrego humoru i absurdu. Z tym audiobookiem nawet rabanie drewna było przyjemne.

*cytaty zostały zaczerpnięte ze strony pratchett.pl

Książka bierze udział w wyzwaniu Czytam Fantastykę V