Małżeństwo z odzysku Agaty Przybyłek.

Małżeństwo z odzysku.

Agata Przybyłek w lipcu 2015 roku weszła na rynek czytelniczy komedią „Nie zmienił się tylko blond” i od razu zdobyła sporą grupę fanów. Jestem jedną z zadowolonych czytelniczek. Autorka serwuje nam całą gamę przeżyć. Zaczęła od komedii, ale w jej dorobku znalazły się także dramaty. Niedawno premierę miała premierę także powieść obyczajowa.

 

 

Skupmy się na jednej z komediowych serii. Książka „Takie rzeczy tylko z mężem”  rozpoczyna serię o perypetiach małżeńskich Zuzanny i Ludwika. Jak pisałam w gościnnej recenzji, część pierwsza podobała mi się ogromnie, druga, już recenzowana u mnie, była słabsza, a niedawno skończyłam część trzecią i nie ostatnią. Co o niej sądzę?

 

Fabuła.

Poprzednia część kończyła się w momencie, w którym główna bohaterka otwiera kopertę. Jej zawartość wstrząsa Zuzanną. Oczywiście teraz dowiadujemy się, że na fotografii jest uwieczniony jej mąż oraz pewna urodziwa kobieta. Ze zdjęcia można wywnioskować, że coś ich łączy. W głowie protagonistki zaczyna rodzić się podejrzenie, gdzie małżonek znika na całe dnie.

Pierwsze, co Zuzanna robi, to wyżalenie się najlepszej przyjaciółce. Ta nie do końca wierzy w rewelacje, ale postanawia pomóc. W czym? Na pewno nie zapytają Ludwika, co to za kobieta na zdjęciu. Przecież się nie przyzna. Postanawiają śledzić (prawdopodobnie) niewiernego męża i przyłapać go na gorącym uczynku.

Pytanie też jest, kto i dlaczego wysłał to zdjęcie?

 

Bohaterowie.

Jak przy pierwszej części ogromnie podobały mi się postacie, tak w drugiej mój zachwyt trochę zmalał. Tym razem uważam, że jest pośrodku. Nadal brakowało mi niektórych osób, Ludwik wprawdzie się troszkę pokazał, choć nie powiedziałabym, że od najlepszej strony. Ale do tego jeszcze dojdę.

Za to zniknęła niemal zupełnie nieszczęsna terapeutka. Niemal, bo pojawia się na jakieś pięć minut, ale zupełnie nie zaburzyła mi przyjemności z czytania. Mało jeszcze jest, tym razem ku mojej rozpaczy, Kasi. Tę postać polubiłam najbardziej ze wszystkich i nie obraziłabym się, gdyby postała część o niej, tak jak Agata miała swoją odnóżkę w serii o Sosenkach.

Marcel zniknął także zupełnie. Szkoda troszkę, chętnie bym zobaczyła reakcje dziecka na napięcia powstające między rodzicami. Dzieci nie są głupie i zdają sobie sprawę, że jest coś nie tak. Oczywiście nie pojawia się on na tyle, abyśmy się dowiedzieli, czy w ogóle coś o tym myśli. Ale to przecież nie o nim jest ta seria.

Zuzanna i Beata przypadły mi do gustu od początku i na nie nie narzekałam. Zwykłe kobiety, z którymi czytelniczki mogą się utożsamiać. Troszkę rozstrzepane, trochę postrzelone, ale skoczyłyby za sobą w ogień. Każdemu jest potrzebny taki przyjaciel.

Nawet matka Zuzanny przestała mnie irytować.

„- W moim łóżku pojawił się po śniadaniu kawałek chleba z masłem. – zaczął, lustrując wzrokiem moją twarz. – Trudno mi to wytłumaczyć, bo głowę sobie dam uciąć, że nie zabierałem żadnej kanapki do łóżka ani wczoraj, ani dziś. Fakt jest jednak taki, że mam tłustą pościel. Chciałem prosić o czystą.
– Rozumiem. – Pokiwałam głową.
– Rozumiesz? – Zerknął na mnie z ukosa. Miał przy tym tak zabawną minę, że aż się uśmiechnęłam.
– No pewnie. Ten chleb to sprawka naszego psa.
– Was pies przyniósł mi dziś do łóżka chleb z masłem?
– Musiał cię polubić. Powinnam cię uprzedzić już wcześniej, żebyś przed snem sprawdzał, czy nie kładziesz się na psie chrupki. Sara uwielbia kamuflować sobie jedzenie. Zwłaszcza w czystej pościeli.
– Ja bym to raczej nazwał inaczej. – Teodor uśmiechnął się szeroko.
– Jak? – Popatrzyłam na niego ciekawa, co wymyślił.
– Sara jest pierwszą kobietą od lat, która przyniosła mi śniadanie do łóżka.”

 

Małżeństwo.

Czyżbym narzekała ostatnio, że oni się do siebie nie odzywają? Cofam to. Już wiem, czemu to miało służyć. Otóż to był etap w związku, gdy para wybierała wzajemne unikanie się, ponieważ wiedzieli, że coś jest nie tak. A takie rozmowy lepiej odłożyć na później. Odroczyć. A może samo się rozwiąże. Wszyscy wiemy, że to się nie rozwiąże, a skrywane emocje, urazy i pretensje muszą w końcu znaleźć ujście.

Tak samo bohaterka odraczała rozmowę z Ludwikiem o zdjęciu. Nie chciała słyszeć prawdy i bała się gładkich kłamstw. Sama nakręcała swoje podejrzenia, przeszukiwała mu telefon, kieszenie, jeździła za nim. Jednocześnie chciała wyrzucić zdjęcie, wrócić do starego rytmu, ale tajemnicza kobieta nie dawała jej spokoju.

 

Akcja.

Mamy tutaj do czynienia z komedią małżeńską, nie z thrillerem, czy kryminałem, także samą intrygę łatwo rozgryźć. Jednak nie ma, o co tutaj mieć pretensji. Oczywiście przydałoby się troszkę inaczej rozwiązać sprawę, ale tutaj nie było źle. Powiedziałabym, że zakończenie, choć przewidywalne, było satysfakcjonujące.

Spodobało mi się także, że autorka nie skończyła serii w tym miejscu. Niestety tego akapitu nie mogę rozwinąć, bo wiadomo… Mam nadzieję tylko, że Matylda Mak nie wróci.

 

Było rewelacyjnie!

Naprawdę. Znów otrzymałam świetny humor, dość dobrze napisane postacie i to, na co czekałam od pierwszej kartki, choć zdaję sobie, że to jeszcze nie do końca upragnione „to”. Wiem, że pisze troszkę mgliście i enigmatycznie, ale nie chcę tutaj zdradzać fabuły. Na koniec powiem tylko, że czekam na następną część z niecierpliwością. I na książkę o Kasi.

Na koniec mam ciekawostkę. Wiecie, że układ, gdy mężczyzna „pomaga” kobiecie, robiąc to, o co ona go poprosi, w dalszym ciągu nie jest ok? Sami zobaczcie czemu.