Morderstwo w Orient Expressie na nowo.

Morderstwo w Orient Expressie.

Któż nie zna Agathy Christie? Nawet jeśli ktoś nie zaczytuje się w kryminałach, to samo nazwisko kojarzy. Jej dzieła są zaliczane do klasyki gatunku. Jednym z najbardziej znanych dzieł autorki, o ile nie najbardziej znanym, jest Morderstwo w Orient Expressie. Ta powieść była pierwszą (i ostatnią) książką, którą sobie przypomniałam z repertuaru Christie. W listopadzie zeszłego roku na ekrany polskich kin weszła ekranizacja tej pozycji.

 

 

W związku z kupieniem karty Cinema City Unlimited do bloga wprowadziłam cykl Medytacje nad filmem. Proszę nie traktować tego wpisu jak recenzji. Dotychczas niechętnie podchodziłam do filmów, niewiele ich widziałam, a te, co widziałam, traktowałam jako rozrywkę. Ten wpis jest jedynie zbiorem moich przemyśleń i subiektywną opinią.

Historia jest nietypowa, choć typowa dla autorki. Pociąg, którym jedzie Poirot wraz z paroma innymi osobami, zakopuje się w śniegu. Podczas oczekiwania na pomoc, okazuje się, że jeden ze współpasażerów zginął. Śladów na śniegu nie ma, także zbrodnię musiał popełnić ktoś z pociągu. Kierownik składu prosi detektywa o pomoc, ponieważ obawia się, że lokalne władze powieszą pierwszą lepszą osobę i puszczą resztę dalej.

Poirot po wahaniu podejmuje się rozwiązania zagadki. Tylko jak znaleźć zabójcę, gdy w teorii nikt nie miał motywu?

 

Poirot oczami reżysera i odtwórcy głównej roli.

W roku moich urodzin został nakręcony serial pod tytułem Poirot z genialnym Davidem Suchetem. Aktor przeczytał książki Agathy Christie, robił notatki, aby w pełni oddać charakter literackiego bohatera. Do tego słuchał belgijskiego i francuskiego radia, aby stworzyć charakterystyczny akcent. A co zrobił Kenneth Branagh? Wykasował postać i stworzył zupełnie inną. Czy to dobrze? Absolutnie nie. Gdyby odświeżono Poirota, odrobinę go uwspółcześniono, nie czepiałabym się go, ani jego absurdalnych wąsów. Ale tutaj mamy sytuację, gdy odcina się kupony od klasyki, a tworzy się zupełnie coś innego. Bo co tutaj się nie zgadza?

Główny problem mam z „nadmierną ruchliwością” bohatera. Choć nam dziś może wydawać się dziwne, że były policjant brzydzi się wysiłkiem fizycznym i przemocą, ale tak właśnie było. Poirot był dystyngowanym, powściągliwym dżentelmenem: nie używał broni, nie wyłamywał drzwi, nie ganiał przestępców i, do diaska, nie latał po dachach pociągów! Drugi zarzut mam do samego finału. Kto zna, choć troszkę tę postać, wie, że był on próżny i lubił napawać się momentem triumfu. Zbierał osoby wplątane w sprawę w jednym pomieszczeniu i zaczynał przedstawienie. Głosił monolog, w którym mówił, jak doszedł do rozwiązania zagadki, oraz kto i jaką rolę odegrał w morderstwie… nie wykrzykiwał rozwiązania, mierząc z broni! No ludzie!

O jego kwadratowym akcencie i szczotce pod nosem nawet nie mam zamiaru się rozwodzić.

 

 

Nowe spojrzenie na klasykę?

Potrafię docenić widoczki, czy to, jak wyglądał pociąg. Podobała mi się oprawa wizualna. Niestety nie mogę powiedzieć, że było idealnie. Zupełnie nie wiem, po co były ujęcia z góry. Nie wprowadziły nic nowego do filmu, jakiegoś nowatorstwa. Innego spojrzenia. Nie to po prostu była zawieszona kamiera na suficie, całkowicie stateczna. Czasem się nawet zdarzało, że aktor sięgał po coś, lub robił coś poza kadrem. Co jeszcze było na nie? Pełne dramatyzmu rzuty na most, na którym pociąg się zatrzymał rodem z filmu katastroficznego. Tylko czekałam, aż ów most się zawali pod nawałem śniegu.

Ja wiem, że ciężko oddać dramaturgię, gdy mamy do dyspozycji ciasny pociąg i garstkę bohaterów. Agatha Christie nie operowała akcją, strzelaninami, czy wybuchającymi samochodami. Gdy spojrzymy z boku na książkę Morderstwo w Orient Expressie to właściwie nie dzieje się tam nic. Postacie ze sobą rozmawiają. Tylko te rozmowy były pełne napięcia, celnych uwag, ironii. Potrafiła sprawić, że tę książkę czytało się z zaangażowaniem i napięciem. Twórcy filmu nie potrafili tego oddać, dlatego też wyciągali postacie z pociągu, wsadzali Poirota na dach i kazali biegać za innymi.

Dlaczego mnie to irytuje? Otóż wzięto powieść, która zyskała na sławie dzięki temu, co pisałam wyżej: zamknięte pomieszczenie, niewielka ilość bohaterów, narcystyczny bohater i tak dalej i zupełnie zmieniono jej charakter. Przy czym ta zmiana nie dostarcza żadnej wartości samej w sobie, po prostu zmienia całą opowieść. Nie można ekranizować klasyki, odcinając się od niej!

 

Rasizm w filmie i komentarzach do niego.

Wielu widzów zwraca uwagę na bezzasadną zmianę koloru skóry jednego z bohaterów. Inni, choć w mniejszej ilości, narzekali na zmianę Niemki na Hiszpankę. Powiem szczerze, że mnie te zmiany aż tak nie zdenerwowały, szczególnie że historia została zmieniona w ten sposób, aby ci bohaterowie tam po prostu pasowali, a ona nie traciła na pierwotnym sensie. Oczywiście wolałabym, aby i to nie zostało zmienione. Mam uwagę jedną, że tych rozmów o rasizmie było zbyt dużo, i choć niektóre były bardzo celne (jak dyskusja Hardmana z Panną Mary Debenham o winie) to nie o tym jest ten film! A wyglądało, jakby rasizm był kluczową kwestią.

Chociaż dziwnie ogląda się film, który krzyczy o rasizmie, a jedna z postaci o ciemnym kolorze skóry jest wysokiej rangi wojskowym z tytułem szlacheckim, a w tle kręcą się ciemnoskórzy żołnierze armii Jugosłowiańskiej. I naprawdę nie razi mnie ich kolor skóry, bo ja nie zwracam uwagi na ten aspekt, ale niekonsekwencja w tej kwestii już tak. Poza tym dziwnie wygląda, gdy Poirot mówi, że związek osób o odmiennym kolorze skóry nie będzie niemile widziany, bo nie „jesteśmy w Ameryce”, podczas gdy w rzeczywistości w na początku i w połowie XX wieku jeszcze istniały kolonie w Afryce! Bo Europa była taka miła dla Afrykanów!

 

 

Nie był to dobry film.

Nawet nieźle wypadli aktorzy. Tutaj szczególnie chcę zwrócić uwagę na Willema Dafoe oraz Daisy Ridley. Naprawdę wypadli w swoich rolach bardzo dobrze. Większość aktorów moim zdaniem zagrała poprawnie, kreacja paru mnie się nie podobała. Ale kim jestem, aby oceniać? Na koniec słówko może o muzyce, która pojawiła się w trailerze. Ani się nie pojawia w filmie, ani nie pasuje do filmu, tylko dobrze zwiastun się pod nią robi. I nie chodzi o to, że nie lubię piosenki, bo uwielbiam Imagine Dragons, ale nie w tutaj.

Ja tu chcę zwróci na koniec uwagę na jedną ciekawą rzecz. Pociąg utknął w śnieżycy, śniegu jest po pas, a postacie sobie pomykają w garniturach i bez nakryć głowy. Czy tam nie powinno być teraz minus milion stopni? Samo pojawienie ekipy natychmiast za to całkowicie zniszczyło uczucie osamotnienia i uwięzienia w środku żywiołu. Zniknęła także groźba śmierci z rąk mordercy, który przecież jest wśród nas i może w każdej chwili uderzyć.

Ten film został położony na wielu płaszczyznach, choć mnie najbardziej boli odcinanie kuponów od klasyki, jednocześnie tworząc coś, co nie ma z nią nic wspólnego. Mam nadzieję, że twórcy nigdy więcej nie podniosą ręki na twórczość Agathy Christie, choć zapowiada się na ekranizację kolejnej powieści. Może lepiej jednak wymyślić coś swojego?