Bo najgorsze dopiero nadejdzie.

Najgorsze dopiero nadejdzie.

Marek Bener prowadzi życie zgorzkniałego dziennikarza, małej, podupadającej gazetki. Blisko trzy lata temu zaginęła mu żona, która zresztą była w ciąży. Niedawno wrócił z Berlina, gdzie sprawdzał błędny trop. Nie ma zbyt wielu przyjaciół, jedynie znajomego z pracy. Niepokoi go fakt, że jego siostra nie daje znaku życia, w pożarze ginie były przyjaciel. Okazuje się niestety, że to dopiero początek kłopotów głównego bohatera, bo najgorsze dopiero nadejdzie…

Protagonista.

Mimo moich szczerych chęci nie udało mi się polubić głównego bohatera. Był tak antypatyczny, że szkoda słów. Ja rozumiem – stracił żonę, nie ma pojęcia, co się z nią stało, żyje na szpilkach, wypatrując wieści o Agacie i ich dziecku, nie może się pogodzić ze stratą. Wiecie, jakkolwiek brutalnie to nie zabrzmi, rodzinie jest łatwiej, gdy ma ciało do pochowania, może złożyć znicz i pójść dalej. W takiej sytuacji, w jakiej się znalazł bohater, są miliony osób na całym świecie, boją się zmienić miejsca zamieszkania, numer telefonu, bo przecież może się odezwać. Boją się zmienić cokolwiek w swoim życiu. Czekają, trwają w oczekiwaniu na coś, co może nigdy nie nadejść.

Tak i jest u głównego bohatera. Nie może opłakać straty i pójść dalej. Brak Agaty wpływa zarówno na Marka, jak i na jej matkę, która całkiem się załamała. Jak pisałam, ja to rozumiem, ale dlaczego on nie posiada osobowości? Można określić go jednym słowem „buc”, on wprawdzie użył wobec siebie dosadniejszego sformułowania, ale zostańmy przy tym.

Bohater jest jakimś psychopatą. Kto dotrwa do końca, będzie wiedział. Temu człowiekowi się może nawet należało, może i zasłużył tym, co robił, zapewne tak. Ale tu nie chodzi o tamtą postać, ale o bohatera. Kto jest zdolny do takich czynów? Jaki normalny człowiek byłby w stanie zrobić coś takiego i spać spokojnie. Ja chyba bym wylądowała w psychiatryku. Ale z drugiej strony, jak już pisałam, bohater nie dość, że jest niezniszczalnym superbohaterem, więc zapewne w następnej części nie zauważymy żadnych zmian w psychice.

Kobiety w powieści.

Drugą rzeczą, która mi przeszkadzała, jest stosunek bohatera do kobiet w jego powieści. Nie czepiam się, że wszyscy znaczący bohaterzy to mężczyźni. Taka była wizja autora, w porządku. Tylko dlaczego jak się już pojawia, to w osobie grubej, obleśnej pani naczelnik. Za każdym razem, jak się spotyka z Markiem, bohater w sposób niezwykle ohydny komentuje jej wygląd, sposób ubierania się, czy prowadzenie się? Najbardziej zniesmaczona byłam, podczas czytania, jak bohaterka umazała się pączkiem, po czym uniosła piersi i, chcąc zdmuchnąć cukier puder, czy coś tam, wypluła na bluzkę, to, akurat miała w ustach? Naprawdę? Czemu to mało służyć?

Postacie.

Mogłabym też się czepiać, że inne postacie kobiece są równie płytkie, a niektóre się pojawiają tylko po to, aby ktoś mógł podziwiać ich nogi, czy tyłek, ale przecież z męskimi postaciami, wcale nie jest lepiej. Podobnie jak protagonista, nie mieli cech charakterystycznych, właściwie nie potrafiłabym ich opisać. Antagonista także jakoś nie zapadł mi w pamięć na dłużej. Równie dobrze dziecko mogłoby wywieść go w porę, bo, jak jego cała banda zresztą, ani nie był specjalnie lotny, ani nie bił się dobrze.

Zastanawiam się, co takiego jest w bohaterach sensacji i thrillerów, że boją się lekarzy. Protagonista został mocno pobity (tak, że stracił przytomność), był też rażony prądem. Czy poszedł do lekarza? Czy te wydarzenia nadwyrężyły jego zdrowie? Ależ skąd! Najbardziej zdziwiła mnie scena, gdy uratował kobietę w niezwykle ciężkim stanie. Zaniósł ją do dentysty i zabronił wzywać karetkę przez najbliższych 20 minut. Przecież ona mogła umrzeć w każdej chwili!

Co robił główny bohater, jak ocalona umiera? Idzie się natłuc złym. Ja chciałabym zwrócić uwagę, że wcale nie musiał tego robić sam. Ponoć ma znajomego policjanta, który zapewne by mu pomógł, gdyby tylko go o to poprosił.

Kryminał? Czyżby?

Widziałam opinię, jakoby tak naprawdę nie mamy do czynienia z „pełnokrwistym kryminałem”, jak sugeruje nam Mariusz Czubaj na okładce, a z sensacją i tutaj się zgadzam. Nie mamy tutaj żadnej zagadki kryminalnej, a dużo walenie się po mordach, strzelania, pościgów i porwań. Nie twierdzę, że to źle, ale osoby, takie jak ja, które spodziewają się jakiegoś dochodzenia, zagadki, pracy mózgu, podążania za postaciami będą zawiedzione.

Moje odczucia podczas lektury.

Powiem szczerze, że książkę czytało się dość szybko. Trzy godziny zajęła mi lektura. Autor ma lekkie pióro i mimo wszystko, nie mogę powiedzieć, że się męczyłam z powieścią. Tutaj należy powiedzieć, że sama fabuła jest dość nierówna. Przez pierwszą połowę Marek snuje się i marudzi, jaki jest nieszczęśliwy (pewnie, gdybym lubiła tę postać, to by mnie choć trochę to obeszło), coś tam zaczęło się dziać, a same wydarzenia były z pozoru niepowiązanie ze sobą. Oczywiście znam gatunek i wiedziałam, że te puzzle zaczną zaraz się w końcu układać.

Dość powiedzieć, że od połowy zaczął się festiwal przewidywalności i sztampy. Większość akcji drugiej połowy wyglądała tak: bohater ściga tych złych, oni go porywają, następnie on ucieka (zabijając czasem kogoś po drodze), a potem znów ich goni. Panowie, ile można. Nie, żeby coś, ale na miejscu złoczyńców, zwyczajnie bym go zabiła, bo on był im średnio potrzebny. Bohatera można bić do nieprzytomności, można go razić prądem, a mu się nic nie dzieje. O tym już jednak pisałam.

Ale, ale.

Widzę, że wielu czytelnikom powieść „Najgorsze dopiero nadejdzie” przypadła do gustu i gratulacje dla autora, bo o to chodzi w tym sporcie: sprawiać przyjemność. Skoro tak dużo osób twierdzi, że seria Małeckiego jest dobra, skoro tylu osobom się podobała, może nawet poprawiła nastrój, to super, albowiem nie uważam, że jestem wyznacznikiem gustów. Uważam, że to literatura nie kierowana do mnie. Zobaczę jeszcze, jak mi przypasuje druga część, bowiem tragedii nie było mam przeświadczenie, że autor może napisać coś jeszcze dla mnie.