Narzeczony na niby.

Narzeczony na niby. Kolejna komedia z Karolakiem, białym plakatem.

Jakiś czas temu pisałam, że byłam w jednym dniu na dwóch filmach. Drugi traktował o tak poważnych i delikatnych tematach jak dzieciobójstwo, samotne macierzyństwo i wychowywanie się bez ojca. Pierwszy to głupawa komedyjka romantyczna. Oba obrażają inteligencję widza, oba są złe, ale tylko jeden jest społecznie szkodliwy. Nie ten. Na tym nawet się pośmiałam, choć podejrzewam, że nie tak, jakby chcieli tego twórcy.

W związku z zakupieniem karty Cinema City Unlimited na blogu postał cykl Medytacje nad filmem, który chwilowo częściej gości niż wpisy o książkach na moim blogu. Nadal nie czuję się na siłach, aby mówić o sobie, że jestem znawczynią kinematografii, także proszę ten wpis traktować, jak zbiór luźnych uwag.

 

 

Schemat goni schemat.

Karina, nasza główna bohaterka, postanowiła zaskoczyć swojego partnera Darka i poczekać na niego w sypialni jedynie w bieliźnie i w szpilkach. Oczywiście kobieta słyszy śmiechy i nakrywa swojego faceta na igraszkach z inną, która (uwaga!) ma… taką samą bieliznę. Cóż za przypadek!

Dalej jest tak samo klasycznie. Ona wybiega z makijażem rozmazanym od łez, on za nią krzyczy, aby nie przesadzała, bo to przecież nic nie było, zresztą to jej wina, że przyszła, gdy nie byli umówieni, a oni nie ustalali wyłączności na sypianie ze sobą. Wiecie, jakby widz nie widział, że on jest kretynem w sposób jasny i klarowny – dodajmy jeszcze narzekanie, że stópki do wywalenia (wybiegł bez butów).

Chociaż scena, gdy prowadzi niby-dialog ze swoją byłą w otoczeniu wielkich swoich zdjęć, jest przegenialna.

Następnie widzimy drugiego głównego bohatera Szymona, który przepracowuje się na taksówce i w wyniku rozkojarzenia wymusza pierwszeństwo i doprowadza do stłuczki. On robi oczy wielkie jak pięć złotych i na kolanach prosi Karinę o przyjęcie mandatu i punktów karnych za niego, bo on biedny zaraz prawko i pracę straci. Ja bym nie chciała, aby taki taksówkarz jeździł po ulicach, ale Karina nie widzi nic złego i przyjmuje całe zdarzenie na klatę, wymyślając jakąś absurdalną bajkę.

 

Cóż za przypadek!

W rodzinie Kariny jest ślub. Ważny. Bardzo. Ponieważ oni są ze sobą tak blisko, że nie wiedzą, jak wygląda Darek, kobieta postanawia poprosić Szymona do udawania. Przy czym kłamie o swoim związku, wymyślając niestworzone rzeczy. Nikt na wcześniej nie wpadł prawda? Widzicie ile oryginalności w tym scenariuszu? Ale to nie koniec.

Karina i Darek pracują przy dziecięcym programie muzycznym. W castingu bierze udział syn Szymona, który przyszedł z dziadkiem, ponieważ ukrywa fakt, że kocha śpiewać, a piłkę nożną to niekoniecznie. Nie trzeba w takich programach zgody opiekuna prawnego? Tak każdy sobie może przyjść z jakimś dzieckiem?

Oczywiście ani Karina nie wie, kim jest młody, ani Szymon nie ma pojęcia o występie swojego syna w konkursie, także wyjdzie z tego całkiem niezły ambaras.

 

Karolak to ikona kiepskiego filmu.

Nie widziałam i nie słyszałam o dobrym filmie, w którym Karolak zagrał. Nie wiem, czy jest złym aktorem, czy on wie, że nie musi się starać. Nie do końca rozumiem fenomen tego aktora. Tutaj także się nie popisał. Zagrał geja tak źle, tak sztampowo, że obraźliwie. Oczywiście nie chcę tutaj całej winy przypisywać aktorowi, przecież on sam sobie tej roli nie napisał i nie ubrał się.

Otóż, jaki jest gej? Nosi kapelusz (no bo wiecie Jacyków, nie?), obowiązkowo interesuje się modą i woli spoko film, gdzie głównymi bohaterami są geje zamiast polskich komedii romantycznych i „podejrzanie” się patrzy na swojego byłego przyjaciela, który kiedyś wyznał mu miłość.

Dodam jeszcze, że Bartek cały czas mówi o wielkiej tajemnicy, której zdradzić Basi nie może (a ona podsłuchuje tę rozmowę i sobie dodaje), ale jeśli chcecie wiedzieć, jaka to, to się nie dowiecie. Oczywiście te parę sygnałów wystarczyło do odwołania ślubu, bo to postać grana przez Karolaka miała się ożenić z siostrą głównej bohaterki. Całe zerwanie odbyło się wśród dzikich wrzasków. Bo dorośli ludzie nie rozmawiają.

Dodam jeszcze, że w filmie pojawiło się kilka scen sugerujących orientację głównego bohatera, jak chociażby ta na próbie, gdy dawny przyjaciel coś Bartkowi pomaga przy garniturze i klęczy przed nim. Wiecie, he he, to wyglądało, jakby, he he, robił mu loda. Dla jakich ludzi jest ten film?

Chociaż scena jak postać grana przez Roznerskiego wychodzi z basenu, jest świetna.

 

Dobrze, dwója, siadaj.

Nie jest to dobry film. Opiera się schematach, które kultura już przeżuła i wypluła jakieś sto razy, prostackim poczuciu humoru i drewnianym aktorstwie. Zwyczajnie obraża on widza, który wydaje na seans dwadzieścia złotych. Jeśli ktoś musi jeszcze do kina dojechać, to już w ogóle nie warto.

Chociaż nie mówię, że nie można się pośmiać. Można. Jednak nie z dowcipu w tym filmie, ale z nieporadności twórców, prostactwa (nie prostoty) scenariusza i bohatera granego przez Adamczyka, który jest tak bardzo światowy i amerykański, że mówi po angielsku i sam siebie tłumaczy.

Może lepiej byłoby pójść na ten film?