Ostatnie dni Królika

„Staram się zapomnieć o strachu, gniewie i smutku i włożyć wszystkie siły w walkę. Poddam się każdej zalecanej terapii. Przejdę na dietę. Dowiem się wszystkiego na ten temat. Zrobię, co trzeba. Dam sobie radę.”

Jak pisałam już kiedyś, rzadko sięgam po książki mówiące o cierpieniu, bólu, czy też śmierci. Życie jest dostatecznie przygnębiające. Wolę przeżywać niesamowite przygody, machać mieczem, tropić zabójców, w końcu śmiać się i bawić z bohaterami. Ale zdarzają się książki, gdzie od razu wiadomo, że szczęśliwego zakończenia nie będzie, ale nie da się przejść obok nich obojętnie. Na swoim koncie mam parę takich pozycji właśnie jak choćby „Chustka”, opowiadająca także o umieraniu.

„Tego słonecznego, kwietniowego poranka, czterdziestoletnia Mia Hayes, zwana przez wszystkich Królikiem, ukochana córka Molly i Jacka Hayesów, Siostra Grace i Davera, matka dwunastoletniej Juliet, najlepsza przyjaciółka Marjone Shaw i największa miłość Johnny’ego Faye’a, siedziała w samochodzie wiozącym ją do hospicjum, gdzie miała umrzeć.”

W tym jednym małym fragmencie mamy przestawionych wszystkich głównych bohaterów powieści. Bo nie tylko tutaj Mia gra pierwsze skrzypce. Każdy ma swoje miejsce w książce. Emocje, ból wszystkich są tutaj ważne. Bo to nie tylko opowieść o śmiertelnej chorobie, przede wszystkim jest o tym, jak radzi sobie z tym najbliższa rodzina i przyjaciele. Każdy z bohaterów jest inny i inaczej reaguje na widok gasnącej siostry, matki, córki, przyjaciółki. Molly, zawsze będzie matką. Jeśli jest potrzeba, nie je i nie śpi. Trwa przy córce, trzyma za rękę, podnosi na duchu, spaja rodzinę. To ona namówiła córkę na pobyt w hospicjum. Nie pozwala sobie na rozklejenie się przy córce. Zawsze była silną, nawet wulgarną kobietą, lecz dzieci otoczyła prawdziwą miłością. Wspierała je, ale nie dusiła. Dzięki temu każde z dzieci ma silna osobowość. Oddanie do hospicjum nie oznacza koniec walki o życie dziecka. Po prostu wie, co dla Mii będzie najlepsze. A ona potrzebuje stałej obecności lekarzy i pielęgniarek gotowych na podanie środka przeciwbólowego. O to, że się poddała, oskarża Molly mąż. Jack nie rozmawia z nią, obwinia ją. Dość szybko zrozumiał, że źle myślał. Razem szukają jakiejkolwiek metody na przedłużenie życia najmłodszemu dziecku. Proszą o pomoc nawet katolickiego uzdrowiciela, mimo iż wiedzą, że Mia jest ateistką.

Grace opiekuje się córką chorej na czas pobytu w szpitalu, mimo że ma czworo własnych dzieci. Stara się być silna, ale nie jest. W przypływie emocji uderzyła swojego męża i uciekła z domu. Nie ma też siły powiedzieć prawdy o stanie matki Juliet. Dwunastolatka podejrzewa, że stan jest beznadziejny, ale nie chce tej myśli dopuścić do świadomości. Jest zła, że nie może zajmować się matką sama, jak dotychczas. Zna jej leki, dietę, wie jak reagować na pogorszenie. Chce mieć ją przy sobie. Daver, brat jest wiecznym chłopcem. Nie miał dłuższych związków, nie ma nawet mieszkania, zwierzęcia, czy roślinki. Mieszka w autobusie z zespołem country. Widok siostry go boli na tyle, ze woli iść na piwo z kumplem, aby uciec. Jest jeszcze jedna osoba – Marjone. To najlepsza przyjaciółka. Wychowywana przez konserwatywną matkę nie zaznała tyle ciepła i miłości co Mia. Jako dziecko marzyła o tym, aby zamieszkać u przyjaciółki, móc się brudzić, przytulać… Przy Króliku jest radosna, ale jak tylko chora zaśnie, pozwala sobie na łzy smutku. Bardzo boi się, że bez Królika rodzina Hayes się rozpadnie, a ona zostanie sama.

Jak pisałam, jest to książka o tym, jak rodzina radzi sobie z odejściem bliskiej osoby. Nie jest to wcale ckliwa opowieść, gdzie wszyscy siedzą i ryczą. Jest pełna śmiechu i smutku zarazem, ciepła, jak rodzinne popołudnie. To książka o miłości, która przetrwa wszystko, nawet śmierć, o pogodzie ducha mimo tragedii i o tym, że ciężkich chwilach można liczyć na drugiego człowieka. Autorka wiele razy wywołała uśmiech, czy nawet śmiech, aby za chwilę przypomnieć, że to opowieść o bólu. Nie tylko tym fizycznym. Tutaj znajdziemy odpowiedź na pytanie, jak pogodzić się ze śmiercią. Że czasem lepiej wypuścić emocje, pozwolić im ulecieć, krzyknąć, rozbić coś, uciec, ale potem wrócić, porozmawiać, zrozumieć… Nie zdradzę, jak historia się kończy. Sami musicie się dowiedzieć czy rodzina Mii pozwoli jej odejść, czy ona sama się z tym pogodzi. Bardzo podoba mi się zabieg z cofnięciem się w przeszłość. Każdy z bohaterów ma swoje miejsce, nie tylko na wyrażenie emocji, ale i na to, aby wspomnieć Mię, jaka była przez chorobę: jako dziecko, nastolatka, dorosła kobieta.

Pozycja jest napisana dobrze, prostym, lekkim językiem. Nie sposób określić go jako „rynsztokowy” pomimo dość sporej ilości wulgaryzmów. Wręcz przeciwnie. Miałam wrażenie, że dodały uroku matce (która to ich nadużywała). Należy pamiętać także, że używanie przekleństw pozwala uporać się ze zdenerwowaniem, a nawet bólem fizycznym. Wracając jednak do książki, ogromnie mi się podobała i już wiem, że będę chciała mieć swój egzemplarz na półce, po który będę dość często sięgać. Bo jest taki typ powieści. Nie „na raz i zapomnieć”. Zajęła ona specjalne miejsce w mojej głowie, zapadając głęboko w pamięć. Ciężko było się od niej oderwać, choćby po to, aby zjeść śniadanie. Żałuję tylko, że nie znalazłam więcej przetłumaczonych książek tej autorki. Jeśli wszystkie książki są napisane w ten sposób, to Anna McPartlin ma ogromny talent pisarski. Szkoda, że Polacy nie mogą się zapoznać z nim bliżej. Jeśli jednak jakaś jej powieść pojawi się na polskim rynku czytelniczym, to na pewno ustawię się w kolejce. 

Wyzwania:
1. Grunt to okładka – nie widać twarzy

2. Klucznik – książka przeczytana w jeden dzień