Podatek od miłości.

Podatek od miłości. Ten film nawet polecam.

Komedie romantyczne nigdy nie były moim ulubionym gatunkiem filmowym, a te robione przez polskich twórców w szczególności. Jeden przedstawiciel tego gatunku został mi polecony. Trailer dużo obiecywał, Karolaka i Adamczyka w obsadzie nie uświadczysz, więc pełna nadziei zajęłam miejsce w kinowym fotelu.

W związku z kupnem karty Cinema City Unlimited postanowiłam stworzyć cykl Medytacje nad filmem. Proszę nie traktować tych wpisów, jako pełnoprawnych recenzji. Nie znam się na filmie, zazwyczaj oglądałam je dla rozrywki nie dla jakichś wartości. Ten wpis to zbiór moich przemyśleń.

 

 

Film nie jest oryginalny.

Właściwie od początku widz może się zorientować, co się będzie działo w następnych scenach i jak historia się skończy. Kogoś, kto widział choć jedną komedię romantyczną, nic tutaj nie zaskoczy. Czy to jest wada? Nie. Jeśli potrafi się te znane nam schematy sklecić w coś, co najmniej zjadliwego. A twórcy omawianego przeze mnie filmu to potrafią.

Para głównych bohaterów spotyka się przypadkiem w barze. To, co z początku miało być barowym podrywem, zamienia się w słowną (i nie tylko) wymianę ciosów. Następnego dnia Marian musi udać się do Urzędu Skarbowego, aby wyjaśnić pewne „niejasności” związane z podatkami. Inspektorką prowadzącym sprawę okazała się spotkana poprzedniego wieczoru Klara.

Bohater, widząc, że nie ma co liczyć na litość skarbówki, udaje się na rozmowy z wszelakim maści doradcami. Jeden z nich mówi, że podatków nie muszą płacić jedynie prostytutki. Marian wpada na pomysł, jak wykręcić się od dużej kary – postanawia udowodnić, że pieniądze ma z prostytucji. Klara z kolei planuje przyłapać go na kłamstwie.

Jak pisałam – wiadomo, jak się to zakończy. Całą fabułę można określić stwierdzeniem „od nienawiści do miłości”.

 

Jednak film ogromnie mi się podobał.

Film wniósł jakąś świeżość, nowe twarze i jakość do polskiego kina romantycznego. Nie oszukujmy się, arcydzieło to nie jest. Podatek od miłości jest dość przyjemny, choć nie jest pozbawiony wad. Jeśli na Walentynki chcecie zobaczyć jakieś romansidło i nie ma to być Grey dla pośmiania się, to niech będzie ta komedia.

I tutaj dla odmiany można pośmiać się z żartów umieszczonych w scenariuszu, nie z samego scenariusza.

 

Seksizm i stereotypy w filmie.

Nie chodzi o to, że żarty są seksistowskie, czy stereotypy wala widza z liścia. Nie. Molestowanie seksualne pojawia się jako dość ważny motyw w filmie. Szef Klary zdecydowanie stara się bohaterkę zaciągnąć do łóżka. Wyraźnie ją faworyzuje, ma szansę na awans pod jednym warunkiem. Gdy ta odrzuca nachalne zaloty mężczyzny – mści się.

I ten wątek mi nie przeszkadza, ponieważ szef jest tutaj przedstawiony jako żałosny, zdesperowany typek, który nie zawaha się przed niczym, aby zdobyć swój cel, a potem, aby zrewanżować się za odrzucenie. Bo mu się nie odmawia. Bo ona ma być górą. Ale nie jest. W tej relacji króluje Klara i to ona mu uciera nosa.

Ale co z tego? Miałam niesamowity niedosyt. Ten wątek właściwie się nie kończy, sprawiedliwość nie sięga molestującego. Co więcej, mam wrażenie, że tutaj wszyscy traktują tę sytuację, jak coś normalnego, z czym ofiara musi sobie dać radę, ewentualnie czekać na rycerza na białym koniu. A nawet dwójkę. Miałam nadzieję, że bohaterka w pewnym momencie wyciągnie dyktafon, a tu nic. Szkoda. Mógłby tu być morał.

Stereotypy się też pojawiają: dobry facet, ale oszukany przez życie i kobieta „słoik” z bardzo tradycyjnej, katolickiej rodziny z małego miasteczka, która karierą i warszawskim stylem życia leczy swoje kompleksy i poczucie bycia gorszą. Oczywiście ona musi być zajęta i mieć faceta tak bardzo beznadziejnego, jak to tylko być może. Pssst. Kochani twórcy! Kobieta może żyć bez mężczyzny. Nie musi przeskakiwać z jednej gałęzi na drugą!

 

No to ssało, a co grało?

Żarty sytuacyjne były bardzo na miejscu. Jeśli człowiek ogląda to z nastawieniem, że to nie jest film wysokich lotów, a taka sobie komedyjka, to może się dobrze bawić. Sama historia jest dość dobrze poprowadzona, jakichś nieścisłości i nielogiczności nie zauważyłam. Aktorzy się dobrze spisali – fajnie było popatrzeć na twarze, których normalnie przy tego typu filmach się nie widuje.

Powtórzę jeszcze raz. Jeśli chcecie iść na komedię romantyczną, to to będzie najlepszy wybór. I nie dlatego, że jest to aż tak dobry film. Jest dobry jak na swój gatunek. I lepszy niż inne filmy romantyczne, które serwują nam kina w te Walentynki.

Za to zdecydowanie nie polecam tego filmu.

Na zakończenie umieszczę zamiast zwiastuna teledysk. Lubię tę piosenkę.