Pomniejszenie sposobem na problemy współczesnego świata.

Medytacje nad filmem #6. Pomniejszenie.

Film w teorii zapowiadał się ciekawie. Otóż naukowcy w Norwegii (sprawdzić) odkryli sposób, aby bez uszczerbku na zdrowiu zmniejszyć ludzi do naprawdę małych zamiarów. To miało być remedium na przeludnienie, zaśmiecenie i degradację planety, na której żyjemy. Na Ziemi powstały całe miasta, ogrodzone i odpowiednio zabezpieczone, gdzie życie wiodą ludzie o wysokości kilku centymetrów. W teorii pomysł genialny! Co mogło pójść nie tak?

Wszystko…

WPIS ZAWIERA SZCZEGÓŁY ZDRADZAJĄCE FABUŁĘ UMIESZCZONE TU Z PREMEDYTACJĄ.

 

 

W związku z kupnem karty Cinema City Unlimited postanowiłam stworzyć cykl Medytacje nad filmem. Proszę nie traktować tych wpisów, jako pełnoprawnych recenzji. Nie znam się na filmie, zazwyczaj oglądałam je dla rozrywki nie dla jakichś wartości. Ten wpis to zbiór moich przemyśleń.

 

Czym jest ten film? Wszystkim i niczym.

Z zapowiedzi (umieszczona została na końcu wpisu) można było wywnioskować, że będzie to lekka komedyjka w amerykańskim stylu. Były przesłanki, że fabuła sięgnie po poważne tematy społeczno-ekologiczne, ale tego, co widziałam, to się nie spodziewałam. Mam wrażenie, że twórcy sami nie wiedzieli, czym ma być ten film, co by tłumaczyło, czemu trailer tak wygląda i czemu zniknęła scena z butelką wódki.

 

Komedia to nie jest, choć bardzo film bardzo się stara.

Najwięcej śmiechu pewnie miała wzbudzać Wietnamka, która pojawia się gdzieś w połowie filmu i od tej pory wokół niej będzie kręciła się fabuła. Postać ta mnie irytowała niesamowicie. Naprawdę miałam ochotę rzucić w ekran butelką z napojem. Nie żartuję. Raz nawet musiałam wyjść, ale do tego jeszcze wrócę. Jak stworzyć Azjatkę? Weźmy wszelkie stereotypy dotyczące mieszkanek tego kontynentu i wrzućmy ją w przerysowaną postać rodem z kreskówki.

Ona jest głośna, bo przecież wszystkie Azjatki się wiecznie drą. Nawet zdanie w stylu „idę spać” musi wykrzyczeć z pretensją w głosie. Źle mówi po angielsku, bo przecież w Wietnamie nie ma szkół i nikt angielskiego się nie uczy. Są one także głupie, bo przez parę lat pracy dla Amerykanów nie potrafią się nauczyć tego języka. Bohaterka także rozstawia obcych ludzi po kątach, kompletnie innych nie słucha i nie ma za wiele ludzkich uczuć.

 

 

Wyżej pisałam, że musiałam wyjść z kina. Otóż Ngoc Lan Tran nie zważając na to, że Paull Safranek nie jest lekarzem, co on ciągle powtarza, każe iść za sobą i decydować jakie leki ma wziąć jej chora koleżanka i w jakiej dawce. Po czym sama później zwiększa polecaną dawkę „bo koleżanka jest chora, a leki przeterminowane”. Ale perełką był dialog. Ostrzegam, że nie jest to cytat!
Paul: co się stało z koleżanką?
Ngoc Lan (wzruszenie ramion, całkowita obojętność): nie żyje
Paul: bardzo mi przykro.
Ngoc Lan: chyba za dużo leków jej dałam (w dalszym ciągu brak jakiejkolwiek ludzkiej reakcji).
Naprawdę wtedy wyszłam.

Ach. I jak obcokrajowczyni mówi „fuck” to takie zabawne. Powtórzmy to ze sto razy w ciągu jednego dialogu i potem jeszcze dwie sceny później przypomnijmy. Może nie każdy załapał od razu. Tak w ogóle wiecie, że Amerykanie mają kilka rodzajów seksu? Seks na zgodę, zerwanie, dla samego seksu, z miłości, litości, ze złości… Nie, nadal to nie jest śmieszne. Nawet jak się zamieni „seks” na „fuck”.

 

Miało być dowcipnie także w innych momentach.

Na przykład, gdy bohater sprawdzał, czy penis jest w odpowiedniej wielkości (rozumiecie, bo o tym mężczyzna myśli najpierw po przebudzeniu), albo gdy pielęgniarki nawilżają coś żelem intymnym i wkładają bohaterowi w tyłek… No ludzie! Czy to nie przesada?

W zwiastunie została wykorzystana scena, jak główny bohater się odurzył i tańczył na parkiecie. W filmie wyszło absolutnie nieśmiesznie i było właściwie niepotrzebne (jak wiele scen tutaj), ale w trailerze wyglądała tak uroczo, że wstawiłam to do głównego zdjęcia.

Jeden dowcip się udał. Prawie na końcu. Ale już nie miałam w sobie siły, aby się zaśmiać. Nikt na sali nie miał.

 

Nie jest to także opowieść o miłości.

Między bohaterami rodzi się głębokie uczucie. Przynajmniej w jednej z ostatnich scen tak nam jest to przedstawiane. Tylko ja jako widz kompletnie nie byłam w stanie zauważyć chemii między bohaterami. To było tak, że ona nim dyrygowała, była zaborcza, choć o żadnym związku nie było mowy, a nagle w jednej scenie narodziło się uczucie i pożądanie. Spoko.

I całowanie śpiącej kobiety to molestowanie. Przepraszanie i motywowanie tym, że myślał, że ona śpi, nie poprawia sytuacji. Wręcz przeciwnie.

 

 

Czym ten film jeszcze nie jest?

Porusza ona jeszcze kilka dość poważnych tematów. Skrajne ubóstwa, wykorzystywanie biedoty przez bogaczy, gorszy dostęp do opieki medycznej u najbiedniejszych, łamanie praw człowieka przez państwa Azjatyckie, więzienia polityczne, nielegalni imigranci i warunki, w których przybywają do Stanów, zaludnienie i zaśmiecenie naszej planety, prawdopodobny koniec świata spowodowany przez człowieka, topnienie lodowców…

Zgadnijcie, który temat był poruszony z odpowiednią wrażliwością, uwagą oraz który wątek został rozwinięty?

Przeszkadza mi jeszcze to, że w ostatecznym rozrachunku okazało się, że zmniejszenie bohatera nie miało większego znaczenia dla fabuły. Gdy pojawia się Wietnamka, a film zaczyna być nieudaną, moralną pogadanką o tym, jak człowiek niszczy planetę oraz krzywdzi innych bohater, mógłby być równie dobrze normalnego wzrostu, a sam zabieg mógłby się nie odbyć. Cóż za zmarnowany potencjał!

Myślałam, że będzie to komedyjka o tym, jak zabawnie być malutkim i jakie to problemy może generować. Podejrzewałam, że może to być opowieść o spychaniu ludzi biedniejszych, „mniej użytecznych” w świat wymagający małych nakładów, który tylko w teorii jest taki kolorowy (coś w rodzaju „Wyspy”). Nie przewidziałam tylko, że ten film będzie nieśmieszny irytujący i o niczym.

 

Moja niepotrzebna opinia na koniec.

Zmniejszanie ludzi wcale nie rozwiąże żadnych problemów. Tacy ludzie generują ogromne koszty zabiegu, utrzymania siebie, odpowiedniej infrastruktury, biur, systemów i tak dalej, ale nie nic nie potrafią wytworzyć, niczego nie produkują, nie wspomagają gospodarki. Nie można zmniejszyć wszystkich. Ktoś na nich musi pracować. O ile obecne pokolenie płaci za swój pobyt w tych miasteczkach, tak kolejne już będą potrzebowały pomocy. A wtedy duzi mogą się zirytować. Zgadnijcie, kto wygrałby wojnę.

I jakie pokolenie wyrośnie z osób, które żyją jak królowie nie dając nic od siebie.

Jeszcze mała dygresja. Owady nie zabiły nas tylko dlatego, że jesteśmy za duzi (choć niektórym o to nie przeszkadza). Gdybyśmy się zmniejszyli, zeżarłyby nas mrówki i komary (co chyba wspomniane było w filmie). A każdy deszcz kończyłby się topieniem miast i śmiercią całych narodów.