Thor: Ragnarok

Medytacje nad filmem #2. Thor: Ragnarok.

Kto mnie zna, wie, że czekałam na trzecią część Thora – Ragnarok jak na gwiazdkę. Seria o nordyckim bogu zaraz obok tej o Kapitanie Ameryce jest moją ulubioną. Do tego druga część kończyła się w taki sposób, że byłam ogromnie ciekawa, jak potoczyła się ta historia.

W związku z kupieniem karty Cinema City Unlimited na blogu pojawił się cykl Medytacje nad filmem. Proszę nie traktować tych wpisów jako pełnoprawnych recenzji. Dotychczas raczej niechętnie podchodziłam do filmów. Sięgałam po nie dla rozrywki, a nie dla jakichś wartości. Skoro już ustaliliśmy, że specem nie jestem, a ten wpis to zbiór luźnych przemyśleń, to wróćmy do wrażeń z filmu.

Thor daje się uwięzić gdzieś na końcu wszechświata, aby nie dopuścić do Ragnaroku i zniszczenia Asgardu. Gdy on ratował swoje królestwo, zaszły w nim dość istotne zmiany, które nie spodobają się głównemu bohaterowi. Gdy wydaje się, że niebezpieczeństwo zażegnane, pojawia się nowy, może nawet gorszy przeciwnik a sam bohater zostaje wyrzucony na śmietnik wszechświata, gdzie będzie musiał walczyć na arenie z Hulkiem.

 

Thor.

Thor, w filmach, w których się pojawiał, dał się poznać jako postać nieco nudna, przewidywalna, napompowana i niezniszczalna. W końcu jest bogiem piorunów i ma magiczny młoteczek. Tutaj twórcy postanowili spuścić bohaterowi powietrze i pokazać go z naszej, ludzkiej strony. Tak więc Thor musi ocalić świat, a może i wszechświat, bez swojego znaku rozpoznawczego.

Pierwszą osobą, która pokaże Thorowi, że nie jest wszechmocny będzie Doktor Strange. Choć on raczej się bawi się głównym bohaterem i nie ma zamiaru zrobić mu krzywdy. Sam wątek spotkania tychże postaci nie wnosi do fabuły kompletnie nic, ale dostarcza sporo rozrywki w tym filmie i w przyszłych, w których pojawią się oboje.

Nie dość, że musi sobie poradzić bez młotka, to jeszcze obcinają mu włosy /smuteczek/. Bohater uczy się żyć, walczyć bez swojej broni, zyskuje na błyskotliwości i dowcipie. Przede wszystkim zyskuje ludzkie cechy.

 

Loki.

Wcześniej Troszkę męczyła mnie schematyczność relacji przybranych braci. Loki knuł przeciwko Thorowi, potem został ukarany, aby za chwile ramię w ramię zbawiać świat i znów coś Loki przeskrobał. Rozumiem sentyment do adoptowanego brata, ale bez przesady. Tutaj na szczęście ten schemat został przełamany przez nagle pojawiający się zdrowy rozsądek i umiejętność przewidywania pewnych zachowań. W końcu.

Miałam wrażenie, że w drugiej części Loki przyćmił Thora, co wcale nie było trudne, tutaj jednak tytułowy bohater był zdecydowany na pierwszym planie i tej nie ustępował pola nikomu.

 

 

Komedia.

Stanowczo wolę filmy z Uniwersum Marvela niż te z DCU. DC traktuje swoje filmy zbyt poważnie. Postacie są nadęte, kadry ciemne, humor pojawia się od święta, a jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci nosi majtki na kalesonach. Disney wręcz przeciwnie. Bawi się konwencją, swoimi bohaterami i ich historiami. Robi to z przymrużeniem oka, nierzadko balansując na granicy kiczu i przesady (najjaskrawszym przykładem są „Strażnicy Galaktyki”). Ale to się u nich sprawdza, powoduje, że dobrze się to ogląda i rewelacyjnie na nim bawi.

Tutaj także twórcy postanowili „uczłowieczyć” boga i zrobić z niego pełnoprawną komedię. Także Thor dosyć często rzuca dowcipami i ciętymi ripostami, co wcześniej nie zdarzało mu się jakoś nagminnie. Wprawdzie dla mnie przydałoby się wygasić ten humor w niektórych momentach, bo miałam wrażenie, że sens filmu gubi się w humorze, ale ogólnie było bardzo dobrze.

 

Inne postacie.

Przeciwniczką bohatera jest tutaj Hela. Bogini śmierci, która przyszła po „swoje”, a jej motywacją miało być poczucie krzywdy i zraniona duma. Dla mnie Cate Blanchett w tej roli wypadła rewelacyjnie, choć ten gest z zamienianiem korony na włosy… No to było trochę niepotrzebne. Niestety jej motywacje były oklepane, sztampowe, nic nowego.

Przeszkadzały mi dwie kompletnie niewykorzystane postacie. Jedna była nawet zbędna. Pierwsza to Valkiria. Tessa Thompson zagrała swoją rolę rewelacyjnie, bawiłam się, gdy pojawiała się na ekranie, ale czegoś mi zabrakło u niej. Czegoś, co by spowodowało, że chciałabym jej kibicować, że obchodziłaby mnie choć troszeczkę, jakiejś iskry. Wierzę, że mogłaby pokazać więcej, gdyby miała co.

Zupełnie zbędną postacią był Skurge. Ogromnie podobała mi się jego walka wewnętrzna z samym sobą. Komu służyć — najeźdźczymi, czy swoim krajanom? Czy to jest warte ofiar? Ale z drugiej strony jego postać była potrzebna naprawdę w jednej scenie, a sama walka wewnętrzna ograniczyła się do paru sekund łącznie. Gdyby go usunąć z filmu a jego w kluczowym momencie zastąpić kimkolwiek, film absolutnie by nic nie ucierpiał. Szkoda troszkę, bo zapowiadało się, że Karl Urban także mógł pokazać więcej.

 


Idealne kino do popcornu.

Seria o Thorze w końcu stała się tym, co miała. Kinem do zabawy, śmiechu, a przede wszystkim świetnym filmem SF. Nie można nie wspomnieć o genialnych efektach specjalnych, zdjęciach i muzyce. Troszkę przeszkadzał miejscami główny motyw, który jak na mój gust zbyt wybijał się ponad to, co działo się na ekranie (muzyka najlepsza jest wtedy, gdy jej nie słychać), ale kawałek naprawdę jest świetny, więc wybaczam.

Nie można nie wspomnieć o oprawie wizualnej. Było przepięknie, kolorowo. Scenografie, efekty specjalne, coś pięknego. Co istotne obraz bardzo dobrze współgrał z fabułą i bohaterami. Nikogo nie gasił, wręcz przeciwnie. Scena z Valkirią i Helą… coś niesamowitego. Szkoda, że nie byłam na seansie 3D. Jestem ciekawa, czy zrobiłoby to na mnie wrażenie.

Polecam obejrzeć tę „Thor: Ragnarok”. To świetny film, który może i ma swoje wady, ale naprawdę nie rażą w oczy tak bardzo. Myślę, że spokojnie można wyłączyć na nim krytyczne myślenie i nie myśleć za dużo. Ten film nie jest na poważnie i nie traktujmy go tak.

Kadry z filmy pochodzą z serwisu IMDb.