Sentymentalny powrót do lat młodzieńczych.

Są takie książki, które są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Czytywały je nasze babki, matki, my a w końcu damy je naszym córkom i może nawet wnuczkom. Jedną z takich książek jest „Ania z Zielonego Wzgórza”. Pamiętam, jak wypożyczałam w bibliotece po wielokroć całą serię. Po latach postanowiłam do niej wrócić. Chciałam się przekonać, czy znów się zakocham w tej rudej sierotce? Czy wraz ze wzrostem czytelniczego doświadczenia, odbiór tej książki się zmieni? Może ta seria podobała mi się, bo byłam zbyt niedojrzała, aby zobaczyć jej słabe strony?Kim jest Ania? Jest sierotą. Straciła bardzo młodo rodziców i od tamtej pory tułała się po ośrodkach dla bezdomnych dzieci i krewnych, dla których była jedynie darmową pomocą domową. Dziewczynka przed złym traktowaniem uciekała w świat książek i fantazji. Jej największym problemem jest brzydota. W książce wielokrotnie jest zaznaczone, że ona nie jest pięknością. Tragedią są dla niej głównie rude włosy. Jak sama twierdzi, może sobie wyobrazić wszystko, prócz włosów o innym kolorze. W ramach katastrofalnej pomyłki została przywieziona do Cuthbertów.

Nic dziwnego, że Mateusz i Maryla są nieco zdziwaczali, żyją w końcu na zupełnym pustkowiu, całkiem sami. Przecież drzewa nie mogą zastąpić człowiekowi towarzystwa, chociaż gdyby mogły, to uzbierałaby się wcale liczna kompania. Ja tam wolę przyglądać się ludziom, ale trzeba przyznać, że Mateusz i Maryla czują się tutaj dobrze. Ostatecznie, jak to zgrabnie ujął pewien Irlandczyk, można się przyzwyczaić do wszystkiego, nawet do wiszenia na szubienicy.

Stara panna i kawaler nie byli niczym zwyczajnym w tych czasach i raczej trzymali się na uboczu. Ludzie postrzegali ich trochę jako dziwaków. Maryla rządziła w domu oraz zajmowała się gospodarstwem. Mateusz trzymał się na uboczu, a jego chorobliwa nieśmiałość nie pozwalała mu na bliż… żadne kontakty z płcią przeciwną. Nie byli oni już najmłodsi, więc ktoś do pomocy by im w gospodarstwie przydał. Ale nie dziewczynka. Chłopiec. Ania zostaje na „okres próbny”, a w jej sercu rozpala się mały płomyk nadziei. Może ktoś ją pokocha w końcu?

Już dorosła mogę stwierdzić, że tę książkę czyta się wybornie. Wielokrotnie się zaśmiewałam z przygód Ani. Trzeba pamiętać, że dziewczynka nigdy nie otrzymała odpowiedniego wychowania, ma spore zaległości w nauce, nie umie się modlić. Trzeba ją nauczyć, jak powinna się zachowywać. Nie jest łatwo. Bogata wyobraźnia dziewczynki, duma oraz nieroztropność doprowadza do wielu niecodziennych sytuacji. Czasem nawet niebezpiecznych.

Uwielbiam każdą postać w tej książce. Są niezwykle różne. Każda z nich została napisana z niezwykłą starannością. Co więcej, można obserwować, jak oni wszyscy się zmieniają pod wpływem upływającego czasu, wydarzeń, które miały miejsce. Czytelnik także widzi, jak wiele zmieniła Ania w życiu mieszkańców miasteczka i ile on sama się nauczyła. Niestety, prócz Mateusza, żadna postać męska (i chłopięca) nie jest dostatecznie dobrze napisana. Gilbert nie ma zbyt wiele do powiedzenia, prócz uganiania się za koleżanką. Troszkę szkoda. Kocham także samo Avonlea. Autorka miała niezwykły dar przekazywania swoich myśli na papier. Wszystko wydaje się na wyciągnięcie ręki, namacalne.

Ale prawdą jest to, że czytając tę książkę jako osoba dorosła, widzę więcej niż wtedy, gdy byłam dzieckiem w wieku głównej bohaterki. Na niektóre sprawy patrzę inaczej. Dostrzegłam, jak smutną musiała mieć dziewczynka historię, jak złe miała dzieciństwo, w jak trudnym czasie dla sieroty się urodziła. Jak wiele w życiu niesprawiedliwości spotykało ją, tylko dlatego, że nie miała rodziców. Te losy zostały opisane w „Drodze do Zielonego Wzgórza” przez Budge Wilson. Jestem ciekawa, czy ta książka jest smutna.

Gertie Pye wstawiła do strumyka swoje mleko akurat tam, gdzie zawsze ja kładłam swoją butelkę. Wyobrażasz sobie? Przestałam się do niej odzywać.

Zastanawiałam się, czy branie dziecka wyłącznie do pomocy, jest w porządku. Dziś może nie. Takie stanowisko byłoby potępiane. Ludzie zazwyczaj adoptowali dzieci z konieczności, z dobroci serca, z chęci podarowania domu… Ale pomyślałam, że takie były czasy. Proszę zwrócić uwagę na sposób, w jaki Ania została przekazana do Avonlea. „Zapotrzebowanie” na dziecko zostało przekazane przez osobę trzecią. Przełożona domu dziecka nie wiedziała nic o Maryli i Mateuszu, nie był przeprowadzony żaden wywiad, ci ludzie nie mieli żadnego przeszkolenia i nadzoru. Tak się zastanawiam, ile dzieciaków zostało w tym czasie przekazanych rodzinom, które nie nadawały się do opieki, które nie umiały, lub nie potrafiły, dziecku dać kochającego domu.

Polecam tę książkę wszystkim, niezależnie od wieku. Na początku mojego wpisu pisałam, o kobietach: matkach, córkach i babciach, bo główna bohaterka jest kobietą. Myślę, że dziewczynkom łatwiej będzie się wczuć w rolę Ani. Jak napisałam, chłopców za dużo w tej powieści nie ma. Co mi nie przeszkadza. Uważam, że ta książka zrobi dla dziewczynek znacznie więcej dobrego, niż bajki o księżniczkach. Uczmy je, że mogą być silne, mogą dążyć do wyznaczonych celów i płeć nie jest przeszkodą w niczym.