Siedem lat w Tybecie. Niezwykłe spotkanie kultur.

Siedem lat w Tybecie

Czytając opis książki, miałam nadzieję na mądrą, kształcącą lekturę. Wszak miała być to książka o zderzeniu kultur, o czymś, co nawet dziś jest dla Europejczyków egzotyczne, inne, tajemnicze. Jak głosi blurb, jest już zapomniane. Liczyłam na poznanie innego spojrzenia na świat, innego myślenia, innych wartości. Innego, fascynującego świata. Sądziłam, iż z doświadczenia z tą książką wyjdę bogatsza wewnętrznie. Niestety się rozczarowałam.

 

 

Nie przeczę, że autor przeżył wiele niesamowitych przygód. Że to, co on przeżył, było niezwykle, niebezpieczne, niespotykane. Autor wiele razy ocierał się o śmierć, był na granicy ubóstwa, przeżył wyłącznie dzięki dobrej woli ludzi, których spotykał, dużej sprawności fizycznej i własnemu sprytowi. Ale czytając tę książkę, najczęściej odczuwanym uczuciem była irytacja.

 

Harrer Heinrich spędził siedem lat w Tybecie.

Bohater był zapalony sportowcem. Wybrał się do Indii z wyprawą na Himalaje. Przeszkodził mu w tym wybuch drugiej wojny światowej. Został zamknięty w brytyjskim obozie w Indiach, z którego wielokrotnie próbował uciec. Raz mu się udało prawie, został złapany, choć nie poniósł poważniejszej kary. Następna próba się powiodła.

Mężczyzna razem z innym więźniem przedostał się do Tybetu. Nie raz oboje cierpieli głód, nie raz odmarzały im stopy, czy dłonie, nie raz prosili obcych ludzi o jedzenie. Na szczęście mieli pieniądze, choć nie zawsze mógł handlować z tubylcami. Aż dotarł do Lhasy – miasta zamieszkiwanego przez Dalajlamę. Chłopca będącego inkarnacją Buddy.

 

Emocjonująca przygoda?

Pisałam wyżej, czego oczekiwałam po lekturze. Dostałam całkowicie pozbawione emocji, niemal kronikarskie relacje. Autor nie potrafił (może nie chciał – do tego przejdę później) oddać klimatu tego świata, zwyczajów, wyjątkowości. Oczywiście czytelnik w przedmowie otrzymuje informację, że autor będzie trzymał się „nagich faktów”, ale nie spodziewałam się, że będzie tak źle. Jakbym czytała opis zwiedzania Muzeum Maszyn Rolniczych w Borkach Małych. Nie wątpię, że doświadczenie w tym miejscu jest pouczające, ale na książkę się nie nadaje.

Podobnie autor kompletnie potrafił oddać żadnych emocji. Miejscami jego styl pisania jest toporny, momentami byłam przytłoczona suchymi danymi. Na pewno autor pisał zbyt jednostajnie. Nie zrozumcie mnie źle. Nie oczekuję malowania słowem, poetyckich hiperboli i metafor niezrozumiałych dla przeciętnego człowieka, ale jeśli czytam, że bohaterowie uciekają przed pościgiem, a u mnie emocje jak na grzybach, to chyba coś jest nie tak.

 

Co mi nie grało?

W oczy rzuciła mi się lekka, niemal niewidoczna pogarda względem tubylców. Wyraźnie można było odczuć, że autor czuje się lepszy, bardziej cywilizowany. Nie miał problemu z łamaniem zasad, prawa, kłamstwem i podstępem. Zachowywał się, jakby mu się należała pomoc od mieszkańców, Głównie mam na myśli sytuacje, gdy autor oskarżył człowieka, który nie chciał dać mu opału o to, że przez niego ukradli mu zwierzę, albo gdy stwierdził, że dzieci tybetańskiej arystokracji „zdolnością pojmowania nie ustępowały naszym [niemieckim] dzieciom”. A już fakt, że naraził szereg osób na konsekwencje karne, pominę milczeniem.

I choć wiem, w jakich czasach ta historia się wydarzyła, tak nie zaakceptuję nazywania kobiety „roześmianą istotką”, narzekania, że użyczona służąca nie jest wystarczająca młoda i urodziwa, ani podchodzenia do obcej kobiety, z nieznanej kultury, w celu skomplementowania jej urody.

Miałam wrażenie, że autor do zwyczajów podchodzi z niechęcią, jeśli nie pogardą, opisuje Tybetańczyków jako lud zacofany, okrutny, niesprawiedliwy, który religię wykorzystuje do kontroli nad ludem i manipulacji nim oraz do uciskania mieszkańców, głównie poprzez feudalizm i teokrację. Oczywiście pisze on również o przywiązaniu do tradycji, ciekawości, skromności i umiejętności cieszenia się prostymi rzeczami, lecz czasem i to jest przedstawione w złym świetle.

Przez całą książkę zastanawiałam się, czy to, co o czym piszę, jest wynikiem braku umiejętności literackich autora. Sądziłam, że po prostu autor nie umie przelać i pomyślałam, że wydanie dziennika podróży wraz ze szkicami i zdjęciami byłoby znacznie lepszym pomysłem.

Aby oddać sprawiedliwość, muszę powiedzieć, że końcówka nawet mnie zainteresowała. Mówię o spotkaniach z młodym Dalajlamą. Niestety były one znów opisane zbyt oszczędnie, a autor i tak skupiał się na tym, jak fajnie się być arystokratą w Tybecie. Opisywał rzeczy, które dostawał, miejsca, w których bywał. Nie o tym chciałam czytać. Dość zainteresowało mnie także to, co się zdarzyło po wyjeździe Autora. Mam ochotę poczytać więcej o okupacji Chińskiej w Tybecie. Na tych stronach można nawet było wyczuć coś na kształt podziwu nad postawą Tybetańczyków i ich działaniami.

 

Kim jest autor?

Po skończeniu książki dowiedziałam się, że autor był członkiem partii NSDAP I należał do SS. Pytanie, czy na to, na co zwróciłam uwagę, wpływ miały jego poglądy.

Z tej lektury nie wychodzę ani o jedną mądrość bogatsza. Nie potrafiłam znaleźć ani grama obiecanej magii. Autor nie sprawił, że pokochałam ten świat, wręcz przeciwnie – gdybym ślepo ufała autorowi, zniechęciłabym się do niego. Muszę sięgnąć po coś bardziej obiektywnego, lepiej wyczerpującego temat.