Syn Królowej Śniegu, czyli jak nie kręcić filmu o sprawach delikatnych i ważnych.

Medytacje nad filmem #7. Syn Królowej Śniegu.

W jednym dniu obejrzałam dwa filmy. Jeden po drugim. Pierwszy to film o samotnej matce wychowującej małe dziecko, drugi to ten z gatunku „film z Karolakiem i białym plakatem”. Zgadnijcie, na którym bawiłam się naprawdę nieźle, a który uważam za zły, szkodliwy i obraźliwy?

W związku z kupnem karty Cinema City Unlimited postanowiłam stworzyć cykl Medytacje nad filmem. Proszę nie traktować tych wpisów, jako pełnoprawnych recenzji. Nie znam się na filmie, zazwyczaj oglądałam je dla rozrywki nie dla jakichś wartości. Ten wpis to zbiór moich przemyśleń.

WE WPISIE ZNAJDUJĄ SIĘ OPISY ZDRADZAJĄCE INFORMACJE WAŻNE DLA FABUŁY ORAZ ZAKOŃCZENIE.

 

Samotne matki mają za mało przewalone w życiu.

Tytułową Królową Śniegu jest Anna. Zdaje się, że urodziła chłopca młodo, choć nie pamiętam, czy pada jej wiek w filmie. Dla dziecka jest oziębła, mało czasu z nim spędza, krzyczy na niego, odpycha od siebie. Stosuje przemoc psychiczną i zdarza jej się szarpnąć dzieckiem. Dużo pracuje. Na początku widz może odnieść wrażenie, że zależy jej na operacji wzroku synka, to później przekonuje się, że ona od tego dziecka ucieka.

Do tego jest ona, jak stereotyp samotnej matki każe. Jest chamska, łasa na drogie sprzęty i kasę, do tego stopnia, że wysyła dziecko do fotografa, który robi pedofilskie zdjęcia. Nie wiem, czy jest świadoma, do czego pozował jej syn, ale nie zainteresowała się tą kwestią. Do tego uprawia seks z nowo poznanymi facetami. I nie żeby było to coś złego, pod warunkiem, że nie zaniedbuje syna i nie robi to niemal na oczach mężczyzny, z którym przyszła.

Mówiąc szczerze, to przygodny kochanek nie zabrał jej za wiele czasu, więc jakby ktoś nie był nasycony naprawdę źle nakręconym, niezręcznym seksem, to jeszcze może się dopchać masturbacją porzuconego partnera głównej bohaterki. Dodam, że same te dwa „akty” nie są ani obrazowe specjalnie, ani nic nie wnoszą do fabuły.

Kamil, czyli wspomniany partner, jest… No właśnie kim? Chodzi za Anną jak pies, ona go wyraźnie spławia. Nawet nie bawi się w półśrodki. Po prostu mówi mu nie, a on traktuje ją jak swoją dziewczynę, choć zdaje się, że nie sypiają razem. Zajmuje się jej dzieckiem, czasem gdzieś wyskoczą i tyle. To z nim była na dyskotece i go zdradziła (?) niemal na jego oczach. Zgadnijcie, co on zrobił? Nic. Zachowywał się, jakby nic się nie stało.

 

 

Niedopowiedzenia, czy niedoróbki?

Nie mam pojęcia, jaka relacja łączyła Kamila i Annę. W filmie absolutnie to nie zostało powiedziane. Wychodziło na to, że on za nią łaził, a ona na niego warczała i czasem rzuciła mu jakiś ochłap w postaci bardziej namiętnego pocałunku. Nie widziałam też chemii u żadnej ze stron. Po prostu mieszkali blisko siebie.

Nie wiem też nic o Annie. Nie znam jej historii, nie wiem, w jaki sposób zaszła w ciążę (padają trzy wyjaśnienia, ale możemy przypuszczać, że bohaterka kłamie), dlaczego nie ma przy niej jej rodziny, dlaczego mieszka u obcej kobiety, która matkuje bohaterom, w jaki sposób niespodziewane macierzyństwo ją zmieniło, dlaczego czuje niechęć do swojego dziecka… W końcu nie wiemy nawet, co Anna myśli o wszystkim, co wokół niej się dzieje.

Niewiele też wiemy o dziecku. Marcin, który nie wiem do końca, ile ma lat, bo z jednej strony jest w przedszkolu, z drugiej do zapłodnienia miało dojść 8 lat temu, podświadomie wyczuwa złe emocje matki i ucieka w świat baśni. Konkretnie do Kazimierza, który opowiada chłopcu bajki. Syn, mimo że jest tytułowym bohaterem, stanowi w filmie właściwie rekwizyt. Nie ma absolutnie żadnej roli, nie wnosi żadnej wartości i właściwie nie wiemy, co on myśli i czuje.

Wszystkie postacie to puści idioci. Żadnego z nich nie poznajemy, nie dostrzegam choćby krzty charakteru, inteligencji, czy głębszej myśli. Nie mam pojęcia, co czują i jak się odnajdują się w wydarzeniach. Nie poznajmy ich historii ani motywacji.

Jedynymi jasnymi punktami są: Franciszek Pieczka (który gra wspomnianego Kazimierza) oraz Anna Seniuk (właścicielka domu, w którym mieszka Anna z synem). To jedyni ludzie, których historię możemy poznać (choć raczej tutaj się trzeba domyślić, nic nie mamy przedstawione wprost). Poza tym głos Pieczki nadaje się idealnie do opowiadania bajek i czułam ogromną przyjemność ze słuchania go.

 

 

To nie był dobry film.

Dialogi są drętwe, zupełnie nienaturalne. W postacie absolutnie nie da się uwierzyć. Fabuła jest zupełnie bez sensu, związek przyczynowo-skutkowy nie istnieje. Na dokładkę zwiastun kłamie.

Jak już wspomniałam, chłopiec ucieka w świat baśni do jedynej osoby, która go zawsze wysłucha i ma dla niego czas. Pan Kazimierz kocha baśnie Andersena, pisze też swoje. Lecz to tak naprawdę cała baśniowość w filmie. Zarówno trailer, jak i sam tytuł oszukały mnie, że w filmie realizm będzie się mieszał z fikcją, a wydarzenia z marzeniami. Scena, gdy bohaterka siedzi na tronie, to jedyny baśniowy element umieszczony zresztą tam dlatego, że pasuje do zwiastuna, to raz. A dwa – aby widzowi wbić do głowy łopatą, kto jest tu Królową Śniegu.

Ale najgorsze jest to, że ten film obraża (zarówno widzów, jak i swoich bohaterów) i jest zwyczajnie szkodliwy. Wspomniałam już o matce będącej zlepkiem absurdalnie złych stereotypów o samotnych kobietach wychowujących dziecko, gdzie ojciec pozostaje „nieznany”. Drugim ważnym i poważnym tematem, jaki porusza, jest dzieciobójstwo.

Pomyślmy chwilę, czemu Anna zabiła Marcinka? Początkowo twierdzi, że pracuje na laserowy zabieg korekcji wzroku, potem okazuje się, że chłopiec jeszcze nie może go mieć, ponieważ wada wzroku się pogłębia (a do zabiegu musi się ustabilizować). Okulistka wypisuje receptę na nowe szkła. Chwilę później matka podpisuje umowę ubezpieczenia dziecka, która obowiązuje wraz z wpłaceniem pierwszej raty. Czyżby konieczność kupienia nowych okularów przerosłą matkę? I czy tylko młode, samotne matki zabijają swoje dzieci?

W filmie pojawia się także pedofilia i przemoc wobec dzieci oraz dorosłego syna wobec matki, ale te tematy są ledwie liźnięte, więc o nich się rozpisywać nie będę.

 

 

Nie radzę iść na ten film.

Ten film porusza parę bardzo ważnych i niezwykle delikatnych tematów. Niestety żadnego z nich nie traktuje z odpowiednią wrażliwością i dojrzałością. Podobnie zresztą jak swoich bohaterów i świat, w którym to się dzieje. Nie ma żadnego morału, nie skłania do refleksji. Absolutnie odradzam wizytę w kinie na tym gniocie. Radzę wydać te dwadzieścia złotych na film „Wonder”. Także porusza trudny i delikatny temat, wprawdzie inny, ale robi to odpowiednio.