Widzę Cię.

Widzę Cię.

Ludzie lubią codzienne rytuały i przyzwyczajenia. Człowiek wstaje rano, pije kawę zawsze w tym samym kubku, na autobus idzie tą samą drogą, wstępuje do tej samej piekarni po bułkę na drugie śniadanie, zajmuje to samo miejsce w autobusie. Z powrotem jest dokładnie to samo: ta sama trasa, ten sam market i zakupy na obiad. Ta sama knajpka raz w tygodniu, ta sama trasa do biegania, ta sama księgarnia po wypłacie, wciąż to samo.

 

Fabuła.

Tak też robiła bohaterka książki Claire Mackintosh — Zoe. Co rano jeździła tą samą linią metra, o tej godzinie, zajmowała ten sam wagon, to samo miejsce… Aż pewnego dnia znajduje swoje zdjęcie w ogłoszeniu portalu randkowego. Zdjęcie jest niewyraźnie jakby robione z ukrycia. W innych numerach tej gazety widzi kobiety, które padły, lub padną wkrótce ofiarą przestępstwa: od kradzieży po gwałt i zabójstwo. Czy bohaterce coś grozi?

Na stronie podanej w ogłoszeniu widnieje tylko formularz do wpisania hasła, telefon okazuje się nieprawidłowy. Wszyscy przekonują bohaterkę, że to dowcip, albo pomyłka, policja bagatelizuje jej zgłoszenie. Ale Zoe coraz bardziej przeczuwa, że wpadła w kłopoty. Przesadza, czy rzeczywiście jej coś grozi. Czy facet na stacji ją uratował przed wypadkiem, czy niekoniecznie?

Tylko jedna osoba traktuje ją poważniej, kolejna bohaterka Kelly Swift. Choć jest na cenzurowanym, udaje się jej włączyć do grupy zajmującej się ostatnimi przestępstwami popełnianymi na kobietach. Tam pochylają się nad wspomnianą stroną internetową.

 

Narracja.

Główne są trzy postacie. Zoe, Kelly i tajemnicza postać, o której od razu dowiadujemy się, że jest tym złym. Albo tą złą. Z początku o sobie mówi w formie bezosobowej. Podoba mi się motyw ze zmianą narracji. Zawsze lubiłam ten zabieg. Tajemnicza osoba oraz Zoe mówią do nas w pierwszej osobie. Kelly towarzyszy wszystkowiedzący narrator. Do tego nieznana nam osoba ma specjalnie zaznaczone rozdziały – kursywą. Także natychmiast wiemy, gdzie jesteśmy.

Pochwalić mogę także to, że o tajemniczej osobie nie wiemy nic. Dopiero wraz z postępem śledztw (zarówno tego amatorskiego Zoe, jak i przeprowadzanego przez policję) ten bohater odsłania nam swoje motywacje i metody działania. Nie wiemy nic za wcześnie, ale i nic żaden wątek nie jest przeciągnięty na siłę.

 

Rzeczywistość wykreowana przez autorkę.

Postacie przedstawione na kartkach powieści są pełnokrwiste, dobrze zarysowane i często nieprzewidywalne. Uwierzyłam w nie, podążałam za nimi i przejmowałam się tym, co przeżywają. Wszelkie emocje i ich działania były logiczne i wiarygodne. Wynikały bezpośrednio z wydarzeń, które obserwowałam. Jestem w stanie przyjąć, że oni mogłyby być moimi sąsiadami.

Londyński klimat był za słabo zakreślony, jakby teraz przenieść akcję do Warszawy, Paryża, czy Nowego Orleanu zmieniając nazwy ulic, nic by się nie zmieniło w moim odbiorze powieści. Autorka nie mieszka w tym mieście i może nie umie odpowiednio przenieść klimatu tego miasta do książki.

A może chodziło o coś innego? Może tutaj ważna jest uniwersalność wydarzeń? To, że mogłyby wydarzyć się wszędzie, a współczesna technika oferuje sporo udogodnień także dla przestępców? Ja właśnie tak odbieram tę powieść. Jako opowieść o historii, która mogłaby wydarzyć się wszędzie? A może to się działo i jakąś kobietę to wszystko spotkało. Jestem w stanie uwierzyć, że autorka czerpała inspirację ze swoich doświadczeń zawodowych.

 

Ta książka jest przerażająco wciągająca.

W powieści zatonęłam niemal od pierwszych stron. Zaczęłam przed snem, z myślą „tylko 15 stron”, a odłożyłam ją nad ranem. Autorka wykreowała realistyczny świat, wiarygodnych bohaterów i przerażającą intrygę, która mogłaby się przydarzyć każdemu z nas. Albo każdej.

Co ciekawe, jej straszność nie wynika z makabrycznych, scen. Tych jest stosunkowo mało. Jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że trochę krwi czeka nas na końcu. Czytamy o morderstwach i gwałtach, ale one są tylko wspomniane w tle. Tutaj skupiamy się tragedii głównej bohaterki oraz sytuacji kobiet w publicznych środkach transportu. I mamy tutaj sceny, gdy jakiś zboczeniec robi kobiecie zdjęcie pod spódniczką, albo ociera się o nią w zatłoczonym metrze.

 

To jest dość ważny problem…

…który ciężko powstrzymać. Zlokalizowanie i ukaranie sprawcy jest niemożliwe, kobieta często nie jest świadoma, kto ja molestuje, albo że zdjęcie jej majtek krąży po Internecie. Drugą sprawą jest społeczne przyzwolenie i ignorowanie tego typu spraw i różne postawy od „to nie moja sprawa”, aż po „to tylko klepnięcie, nie ma o co drzeć łacha”. Autorka posunęła się krok dalej, albowiem opisuje proceder zbierania danych o kobietach w celu ułatwienia podrywu oraz popełnienia przestępstwa.

Polecam tę książkę osobom, które lubią dobrze zarysowaną fabułę, odpowiednio dawkowane napięcie, nieprzewidywalność powieści, ale nie do końca lubują się w tryskającej krwi. Niestety autorka zamknęła sobie drogę do pisania kontynuacji, ale chętnie sięgnę po inne jej powieści. Równie chętnie zobaczyłabym ekranizację „Widzę cię” na dużym ekranie. Myślę, że mogłoby to być ciekawe.

 

Wpis został napisany we współpracy z portalem Duże Ka, oraz wydawnictwem Prószyński i S-ka.
Przypominam także o konkursie na stronie.

  • Agnieszka Kaniuk

    Tym razem Cię zaskoczę. Ja również od jakiegoś czasu mam ochotę przeczytać tę książkę.:)

  • A ja właśnie sobie zanotowałam. Właśnie takie ksiązki lubię. Dzięki 🙂