Zbyt piękne… No chyba nie.

Zbyt piękne. Olga Rudnicka.

Twórczość Olgi Rudnickiej poznałam przy lekturze Diabli nadali, która jest jedną z moich ulubionych książek. Inne książki podeszły mi bardziej, jak Granat poproszę, lub mniej. Lubię jej styl, lekkie pióro, dowcip. Dobrze bawiłam się z tymi książkami. Bo komedia kryminalna to jest coś, co uwielbiam od czasu poznania książek autorstwa Joanny Chmielewskiej.

Dlaczego taki wstęp? Ponieważ do tej książki te wszystkie komplementy zwyczajnie nie pasują.

 

 

Feministka, czy…

Nie wiem, czy taki był zamysł, aby Zuza była feministką przestawioną w bardzo zły, stereotypowy i karykaturalny sposób czy tak akurat wyszło, ale ja w ten sposób widzę tę postać. Warczy na wszystkich mężczyzn, każdą wyciągniętą męską dłoń gryzie oskarżając właściciela takowej o niecne zamiary i złe intencje. Oczywiście odmowa przyjęcia pomocy nie jest niczym złym i wiem, że kobieta jest w stanie sama ocenić, czy ściągnie walizki, czy nie, ale wiecie… Z agresją od razu i oskarżeniami?

Oczywiście nasza bohaterka jest „tylko kobietą”, małą, kruchą, słabą chudzinką, która budzi tylko politowanie, a jej złość jest postrzegana jak krzyk kocięcia. Bo te malutkie kobietki są takie śmieszne i słodkie, gdy się denerwują i próbują być silne. Nasza bohaterka, mimo że warczy dookoła, jak to ona sobie sama radzi bez facetów i jak bardzo sobie mają spadać, to nie radzi sobie zupełnie. Nie ma prawka, nie ma ani grama siły fizycznej (i psychicznej, ale do tego przejdziemy) i żąda, aby mężczyźni jej mimo wszystko pomagali. Nie. Mężczyzna nie ma wcale obowiązku, aby przesunąć łóżko kobiecie, która śpi w jedynym pokoju bez łóżka, bo ma ładne światło.

„– Podrywasz mnie? – wystraszyła się Zuzia
– Nie! – zaprotestował, po czym dodał z odrobinką urazy: – A gdyby nawet, to chyba nie jestem aż tak odrażający, żeby wzdrygać się ze wstrętem!
– To nie była odraza, tylko przerażenie – odcięła się zirytowana. – Przez takie rzeczy wszystko popsujesz!
– Jakie rzeczy?
– Takie! Flirty i takie tam!
– Nie flirtowałem z tobą! Tylko popatrzyłem! Masz włosy na pudel i tyle! Nic więcej nie miałam na myśli!
– Nie podobają ci się moje włosy? – Teraz to aż kipiała z urazy. – A czy cokolwiek ci się we mnie podoba?
– Nie! Przysięgam, że nic mi się nie podoba, więc nie popsuję niczego, co…
– Jestem odrażająca? – Szeroko otwarte oczy wwierciły się w niego jak dwa świdry.
– Nie! Dlaczego znów prowadzimy jakąś absurdalną dysputę?! – Tymek nie miał pojęcia, jakim cudem znów prowadzą rozmowę, której sensu nie rozumie.
– I do tego jestem głupia?”

Aaaaaaaaa! I tak co parę stron!

Do tego, jak każda „typowa kobieta” jest niesamowicie chwiejna emocjonalnie, nieracjonalna, a zdanie potrafi zmieniać w trakcie wypowiadania go, na ostatniej stronie mdleje „od nadmiaru wrażeń” i tak dalej, i tak dalej. Co więcej, oczekuje, że cały świat dostosuje się do jej niestabilności i każde „nieposłuszeństwo” mężczyzn zwalcza krzykiem.

 

…mizoandryczka?

W całej książce seksizmu jest po uszy. Obrywa się zarówno kobietom, jak i mężczyznom. Krytyka dotycząca wyglądu wszystkich innych (bo tylko główna bohaterka może być ładna) to było coś, przez co nie mogłam przebrnąć, bodyshaming oraz SWERF wylewają się wprost z kart powieści. I tak oberwało się prostytutce za to, że jest prostytutką i do tego brzydką, bratu bohatera za brzydkiego penisa, a jednemu z przełożonych bohaterki za to, że… jego twarz przypomina waginę! Nosz… Otóż bohaterce usta jednego z bohaterów kojarzą się z waginą, a jego broda z włosami łonowymi, co przypomina nam wiele razy (jakby czytelnik nie załapał).

„Sądząc po jej zdecydowanym sposobie bycia, w tej rodzinie męskie klejnoty miały kobiety. Co do starego maczka, Zuza nie była pewna, czy to erotoman gawędziarz, co do młodego, no cóż… To, co kobiety mają w kroczu, on nosił na twarzy, więc jaśniej nie dałoby się już wyrazić siły jego męskości”.

„Mój brat świetnie sobie radzi jako zastępca, jednak nie potrafi samodzielnie podjąć decyzji. Jest kochany, ale to cipa. W dodatku wyhodował sobie ją na twarzy”

Czy możemy skupić się chwilę na nazywaniu nieśmiałych facetów „cipą”, a silne (w rozumieniu autorki) kobiety „kobietami z jajami”? Dostaję wysypki od tego typu twierdzeń.

 

Kobiety i mężczyźni w powieści.

Jeśli myślicie, że to koniec wytykania seksizmu w powieści, to się grubo mylicie, ja się dopiero rozkręcam. Naprawdę mogłabym o tym, co tutaj jest nie w porządku i dlaczego, napisać książkę. Pewnie jeszcze grubszą niż Zbyt piękne. Ale postaram się streścić.

Jak są przedstawieni mężczyźni? Albo są dwulicowi, seksistowscy, nadużywający alkoholu, mający problem z utrzymaniem majtek na miejscu, albo fajtłapowaci, bez własnego zdania pantofle. Kobiety niby mają silne, władcze, niedające sobie w kaszę dmuchać, ale wychodzą agresywne, mizoandryczne, niesłuchające tego, co się do nich mówi i zwyczajnie głupie.

„– Chciałam powiększyć salon na dole, wyrzucając jedną ścianę, a on mówi, że się nie da! Nie da się, powiedział! Rozumiesz, Zuza, co mówię?!
– […] Bo może się nie da?
– […] Kto płaci, ten wymaga! To moje mieszkanie! I chcę mieć większy salon! – Ze złością tupnęła nogą.
– A dlaczego się nie da? […]
– Bo to ściana znoszona!
– Nośna chyba…
– Nieważne!
– Ważne, bo…
-– A potem zapytał, czy zamierzam używać sufitu? Uwierzysz?
[…]
– Może chodziło mu o to, że jak usunie się tę ścianę, to runie sufit?
– Ale ja mogę żyć bez tego sufitu! Ja chcę mieć większy salon!
– A podłogi będziesz używać?
– A co ma podłoga do sufitu?
– Bo na parterze sufit jest sufitem, ale jak wejdziesz na piętro, to ten sam sufit jest podłogą […].
Anna milczała, wbijając w nią ostre spojrzenie. Nagle całe napięcie z niej zeszło, ramiona opadły, przyłożyła rękę do czoła.
– Jestem idiotką – powiedziała żałośnie”.

Śmieszne nie? Kobieta nie kuma, czym jest ściana nośna i czemu sufit się jednak w domu przydaje. Beka, jak to mawiają takie dinozaury jak ja. Wszystkie postacie kobiecie są właśnie w ten sposób przedstawione. Nie można się z nimi dogadać, plotą trzy po trzy i są koncertowymi kretynkami. Ten sposób przestawiania bohaterek mnie osobiście obraża.

Nie zrozumcie mnie źle. Czytuję komedie kierowane do kobiet, nie mam co do nich wielkich wymagań, a przedstawianie stereotypów w krzywym zwierciadle jest miłe mojemu serduszku, ale to, co stało się tutaj nie mieści mi się w głowie. Niby autorka chciała uderzyć w patriarchalizm w społeczeństwie i na początku mamy scenę, gdy bohaterowie wchodzą do kancelarii adwokackiej, a jedno z nich zakłada, że kobieta tam na pewno jest sekretarką, a Zuza koncertowo sobie radzi z bucami i seksistami pokazując im gdzie ich miejsce, ale coś nie wyszło. Nie można seksizmem wytykać seksizmu!

A wiecie, co jeszcze jest śmieszne? Jak pijana kobieta otwarcie przystawia się do mężczyzny (bo wiecie, każda po alkoholu jest „łatwa”), albo nie ma drzwi i facet ma problem, aby się wypróżnić, no bo kobieta (a jak wiadomo „płeć piękna” nie defekuje) mogłaby usłyszeć. Co jeszcze? Gangster, którego nazywa się „pokemonem” (bo wiecie, brzydki jest). I dowcipy z teściowych i matek… Wszystkie są przecież tak samo złe, głupie i nachalne.

 

To były elementy „komediowe”, a co z kryminalnymi?

Cóż tu też nie jest wcale lepiej. Otóż cała sprawa zaczyna się, gdy bohaterka kupuje dom bardzo tanio i po przyjeździe okazuje się, że nie ona jedna kupiła tę nieruchomość. Została oszukana zarówno ona, jak i Tymoteusz. I choć ich pierwsze spotkanie nie wypadło najlepiej, to muszą połączyć siły, aby po pierwsze przetrwać (oboje stracili dość dużo pieniędzy), a po drugie dopaść drania.

Oczywiste jest, że bohaterowie będą próbowali znaleźć oszusta na swoją rękę. Ale nie idzie to zupełnie ani im, ani policji. I w teorii jest to świetny początek dobrej fabuły. Niestety całe śledztwo polega wyłącznie na przepytywaniu sąsiadów i stwarza okazję do jeszcze większej ilości żarcików. Sprawa rozwiązuje się właściwie sama.

 

Kilka słów o warstwie romantycznej.

Cała relacja między Zuzanną i Tymoteuszem rozwija się jak taka typowa relacja „od nienawiści do miłości”. Ona właściwie jest niezrozumiała, nie wiemy, dlaczego bohaterowie mówią to, co mówią, czują to, co czują i dlaczego zachowują się tak, a nie inaczej. Co więcej, o tej znajomości zadecyduje ostatnie pięć stron i jeszcze bardziej nie wiemy, co się tam stało. Ach i znów te kobietki. Takie płytkie. Na wygląd lecą i są takie niestałe w uczuciach.

 

To było zbyt koszmarne, aby było prawdziwe.

Jak pisałam wcześniej, kocham styl Rudnickiej i kompletnie nie wiem, co tutaj się zdarzyło. Czy wcześniej nie zwracałam uwagi? Brakowało mi wrażliwości? Czy może ta książka jest zupełnie inna niż poprzednie? Niestety tym razem musiałam sobie robić przerwy, bo nie byłam w stanie znieść tego poziomu głupoty.

Choć mogę pochwalić dwie rzeczy: spojrzenie na wydarzenia z perspektywy różnych bohaterów, co bardzo lubię, oraz nawiązanie do serii z Emilią Przecinek – takie mrugnięcie oczkiem do stałych czytelników. Ale to tyle. Nie warto dla takich małych plusików sięgać po tę książkę

„– Ty mi tutaj nie wjeżdżaj na sumienie. Byłam w pracy nie u kosmetyczki. Zachowujesz się jak kobieta – stwierdziła z niesmakiem”.