Zgromadzenie cieni. Cóż to było za rozczarowanie!

Zgromadzenie cieni.

Znacie ten ból, gdy trzeba ocenić powieść, ale 7/10 to za mało, a 8 za dużo? Miałam tak z poprzednią częścią serii „Odcienie magii”. „Mroczniejszy odcień magii” mnie zachwycił koncepcją świata (a raczej światów) oraz tworzeniem postaci. I choć nie było idealnie, to natychmiast zabrałam się za następną część. Z nadzieją, że w „Zgromadzeniu cieni” będzie tylko lepiej.

 

 

Postacie.

Bohaterów zastajemy parę miesięcy po wydarzeniach z poprzedniej części. Pierwszą widzimy Lilę Bard. Dziewczyna spełniła swoje marzenie i pływa na statkach. Pierwsza scena, którą wita nas powieść, przedstawia łupienie statku pirackiego. Choć kapitan powtarza, że nie zarządza statkiem pirackim, to załoga działa na granicy prawa. A Lila bardzo lubi niebezpieczeństwo. I kraść. Do tego kapitan uczy ją języka ojczystego w tym świecie oraz… władania magią. Bo dziewczyna ze świata, w którym nie ma magii, jest maginią.

O ile wspomniana wyżej postać może powiedzieć, że czuje, iż jest kimś, że ma cel w życiu, tak drugiej podcięto skrzydła. Kell zostaje oskarżony o to, co się działo parę miesięcy temu, a jego zasługi dla kraju, korony, wszystkich światów oraz brata zostają pominięte w obliczu faktu, że jego lekkomyślność ściągnęła na wszystkich zagrożenie. Bo przecież, gdyby nie zajmował się przemytem i nie zyskał odpowiedniej reputacji – nikt by mu nie dał kamienia z Czarnego Londynu.

Obie postacie spotkają się na Igrzyskach Żywiołów. Międzynarodowej imprezie, w której najwięksi magowie na świecie się mierzą. Czasem na śmierć i życie, choć w większości zawodnicy wychodzą z zawodów bez większych uszczerbków. Obie postacie nie powinny brać udziału w igrzyskach z różnych względów i obie to robią.

Pojawi się także jeszcze jedna postać, której zdradzać nie będę. Niestety rozczarowałam się, bo właściwie nie odegrała większego znaczenia dla historii, którą czytamy. Jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że gdyby inna postać ją zastąpiła, nie wpłynęłoby na tę historię. Choć może to się zmienić w ostatnim tomie.

 

Ogromnie się rozczarowałam tą książką.

Niewiele zostało z wieloświatów. Oczywiście postacie się przemieszczały, do tego poznaliśmy Czarny Londyn, ale było tego za mało. Czułam niedosyt tego motywu. Z jednej strony rozumiem, dlaczego Kell nie mógł swobodnie podróżować, z drugiej jednak to robił. Więc można by było rozwinąć ten motyw.

Sam wątek igrzysk, który był dominujący, absolutnie mnie nie zachwycił. Wręcz przeciwnie. Nie widziałam powodu, aby w ogóle robić coś takiego. Jakby zawody podmienić na coś innego, choćby grzybobranie sama linia fabularna nie zostałaby zaburzona, bo to, co się wydarzyło później, nie miało z nimi nic wspólnego. Było więcej dramaturgii, dialogów wyrażających wątpliwości niż opisów pojedynków. One same były dość mało angażujące.

Pisałam już o postaciach, ale nie wspomniałam o ich totalnym spłyceniu. Ich motywacje, reakcje, odczucia i zachowania wydawały mi się nierealne. Oni przestali się zachowywać jak dorośli ludzie! Halo! Czy ja tu czytam o piętnastolatkach? I ten wątek miłosny. Może i się zanosiło na coś w poprzednim tomie, ale mam wrażenie, jakby ten wątek był przesadnie wyeksponowany i udramatyzowany.

Po prostu ręce mi opadły. Jak po świetnej pierwszej części można zrobić coś takiego? Jakby to były dwie różne historie, napisane przez różnych autorów. Oczywiście czekam na część ostatnią, choć podchodzę do niej z dużą rezerwą.

 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi Duże Ka oraz wydawnictwu Zysk i S-ka.